mar 9, 2010; wyświetleń: 385 21
Wyjazdy i rozjazdy
Od jakiegoś już czasu robię w swojej firmie za zwierzę detepowo-marketoidowe. Taki miks zafundowano mi po wylaniu mojego szefa, którego obowiązki musiały w związku z tym zejść w hierarchii nieco niżej (szkoda, że nie poszły za tym i pieniądze no ale cóż począć poza tupnięciem nóżką?) i dostało się kilku osobom po ich czasie pracy dodatkowo. Ot sytuacja jakich wiele w korporacjach chciałoby się rzec. W czym więc problem?
W sumie prócz permanentnego braku czasu i zmęczenia tak po prawdzie to w niczym. Właśnie siedzę nad dwoma projektami, które jakoś budżetuję, ugaduję i w temacie których odbywam spotkania. A w międzyczasie się uczę. Dużo, szybko i w najlepszy możliwy sposób, bo na żywej tkance wydawanego na promocję pieniądza. I widzę, jak bardzo brakuje mi wykształcenia kierunkowego, znajomości terminów odpowiednich, pewnego obycia z marketingowymi tematami.
Skutkiem ubocznym zaczynają być wyjazdy i spotkania. To dla mnie, siedzącego do tej pory na dupie przed kompem i pielęgnującego hemoroidy kolesia – nowość. Nie to, żebym miał jakieś w kontaktach z ludźmi problemy ale wyjazd polegający na przejechaniu połowy Polski, godzinnym pogadaniu i powrocie to dla mnie do tej pory była kompletna strata czasu i strasznie dupne podejście do zarządzania zasobami. Przekonałem się jednak, że kiedy takie spotkanie zaczyna dotyczyć całkiem sporych budżetów, zaczyna być widać sens tego całego bujania się po świecie. Po prostu nie wszystko da się załatwić przez telefon czy Skype. Czasem spotkanie oko w oko jest po prostu niezbędne.
Zaczyna mnie to fascynować. Oderwanie granatem od komputera przez moją firmę początkowo traktowałem jak zamach na siebie i swoje zasiedziane królestwo. Jednak przekonawszy się naocznie, jak bardzo potrafi być taka zmiana inspirująca i motywująca, zaczynam rozumieć ideę karuzeli stanowisk. Zbyt długie siedzenie w jednym miejscu to prócz hemoroidów także spore samoograniczenie. I nawet jeśli niezbyt mi się to podoba czasami, muszę przyznać, że takie zmiany w życiu trzydziestopięciolatka to całkiem fajna sprawa.
Niestety są i mniej fajne skutki owych zmian. Maili już praktycznie nie czytam, bloga już praktycznie nie prowadzę, na jakiekolwiek zajęcia pozapracowe i związane z rodziną czasu i chęci po prostu brak. Zasuwanie za dwóch kończy się w jeden przewidywalny sposób: zmęczeniem. Sytuacja jest owszem mobilizująca ale po iluśtam godzinach zasuwania człowiek ma chęć na reset i niewiele więcej. Wczorajsze fragowanie w Killzone 2 to właśnie taki przyjemny sposób na odreagowanie i wyłączenie myślenia, w zamian zaś przynajmniej na krótko włącza się aparat bluzgania i wyzywania Voytassa od ostatnich za ciągłe wsadzanie śrutu w plecy :). Niezbyt to twórcze ale na twórczość po prostu nie mam ochoty.
Zapowiadają się w mojej pracowej “karierze” zmiany mniejsze i większe. Ciekawym bardzo, jakie będzie to miało przełożenie na dotychczasowy tryb życia. Póki co średnio mnie się te zapowiedzi zmian podobają. Stałe uczucie wypompowania i wynikająca z niego niechęć do robienia czegokolwiek nie są sposobem na życie. Jeśli dalej będzie to brnęło w jakimś nieustalonym kierunku, zapewne dokonam jakiejś małej pracowej rewolucji i albo zmienię robotę (idę do brata kopać rowy, płaci całkiem nieźle a robota ma same plusy :)), albo wydarzy się coś jeszcze innego. Ciekaw jestem bardzo, co to może być…
BTW – kto powiedział, że na klawiaturze iPhone nie da się pisać? Zapieprzam na tym aż miło patrzeć :). Wpis powstał dosłownie między przesiadkami…


CoSTa's Family Page
CFP - w iTunes Store
