lip 22, 2010; wyświetleń: 540 7
Obóz, obóz i po obozie
Od ostatniego wpisu minęło w cholerę czasu ale cóż począć – dopadła mnie pracowa rzeczywistość, kopanie się z mailowymi złogami i ogólna korponapierdzielanka. Życie…
W dwóch słowach podsumowując mój dzielny wyjazd na aikidowy obóz: było ciężko. Się bowiem okazuje, że wyjazd na taką imprezę trzeba poprzedzić solidnym przygotowaniem kondycyjnym i sporą pracą nad wytrzymałością organizmu w okolicach stawów wszelkich. W sobotę poprzedzającą wyjazd, na ostatnich treningach miałem już serdecznie dosyć wszystkiego a wchodzenie na schody czy złażenie po nich po prostu bolało. Nadgarstki wykręcane na wszelkie sposoby czuję do dziś choć muszę przyznać, że regeneruję się zaskakująco szybko. Ale i tak końcówka to było jedno, wielkie uczucie zmęczenia całego ciała. Niby niedługie treningi nie powinny aż tak męczyć ale okazuje się, że jest zupełnie inaczej – trzy (czasem cztery) treningi dziennie to naprawdę spore obciążenie dla organizmu. Każdy trening okupiłem litrami wylanego potu i pod koniec obozu nie myślałem już nawet zbytnio o jedzeniu a tylko o ciągłym przyjmowaniu płynów, najlepiej w postaci zimnej coli z lodem :). Na salę nosiłem całe butelki z wodą bo wilgoć z ciała uciekała w przeraźliwym tempie, co przynajmniej u mnie powoduje ostre skurcze w mięśniach. W godzinę wypijałem półtora litra płynu tylko po to, by po prysznicu siorbać kolejne litry. Wodna masakra powiadam Wam.
Ale są plusy tego wyjazdu. Przede wszystkim – poznałem nieco fajnych ludzi. Poza ludźmi poznałem też kilka fajnych technik, których masterowania przyjdzie teraz czas. Poza ludźmi i technikami poznałem uroki męczenia swojego cielska, które jak się okazuje wcale jeszcze nie jest takie zdegenerowane i które stać na bardzo wiele, o ile się o nie zadba choć w drobnym stopniu. Owszem, schudłem także ale niezbyt wiele i już raczej pisane jest mi zostać miśkiem po sam grób. OK, nie mam z tym problemów dopóki nie przeszkadza mi to zbytnio w padaniu, turlaniu się, robieniu fikołków i innych dziwactw. Jednak gibkość, ogólną sprawność i wydolność można jak widzę zachować na długie lata nawet mając nieco brzucha i masy własnej. Udowodnił mi to dobitnie sensej Arek, który z pozoru wygląda jak przytyty facet ale który pochwalić się może iście końską kondycją i potężną wytrzymałością.
Ogólnie wyjazd uznaję za bardzo kształcący i bardzo potrzebny. Pokazał jak na dłoni moje braki kondycyjne ale też bardzo mocno wpłynął na zacięcie się i dalsze trenowanie. To jest autentycznie fajne i bardzo przyjemne a dodatkowo widzę, że czynię lekkie postępy. I dobrze, mam zajęcie na najbliższe kilka ładnych lat :)








CoSTa's Family Page
CFP - w iTunes Store
