CoSTa's Family Page

Icon

Nas dwóch, one dwie plus cała reszta gangu zwanego Rodziną. Nasze przypadki, wypadki i odpadki. Nasze historie małe i wielkie. Nasze życie sote. Batteries not included.

Jolicloud 1.0 – wrażenia

Od jakiegoś czasu bawię się opartą na Ubuntu dystrybucją stworzoną specjalnie z myślą o netbookach, która zwie się Jolicloud. Pisałem już o tym, że o dziwo u mnie działa i to działa bardzo dobrze a na moim Dellu Inspiron 1210 bije wydajnościowo preinstalowanego Windowsa XP na głowę.

Niedawno pokazała się już oficjalnie i dla każdego dostępna pierwsza stabilna wersja tej dystrybucji i chyba czas najwyższy naskrobać conieco o tej wersji. Po pierwsze – jeśli używaliście od dłuższego czasu Jolicloud, zapewne drogą mailową dostaliście zaproszenie do aktualizacji z wersji pre-release do wersji 1.0 przez zwykłe upgrade wykonywane z poziomu samego systemu. Moja rada: nie róbcie tego. Po zainstalowaniu spolszczenia systemu ichni Launcher po prostu się nie uruchamia i całe to nowe doznanie nie będzie Wam dane. Najlepiej zgrać gdzieś swoje dane i postawić system od zera. Miłe jest to, że mimo braku Launchera Wasze zainstalowane aplikacje są zapamiętywane i po instalacji świeżej wersji systemu informacja o zainstalowanych aplikacjach zostanie zsynchronizowana jak trzeba a apki grzecznie się do Launchera władują.

Instalacja Joliclud to znany doskonale ubuntowy instalator i nie ma się tu co rozpisywać. Natomiast zaraz po uruchomieniu okazuje się, czym Jolicloud w istocie swojej zamierza być. Otóż ta dystrybucja skręca maniakalnie w stronę onlinową i wydaje się być takim ChromeOS, tyle że imo o wiele fajniejszym bo nie wymagającym do pracy ciągłego bycia online i szanującą dane użytkownika pozwalając trzymać je na lokalnym dysku zamiast gdzieś w chmurze. Poza tym jednak jest onlinowo i chmurowo jak trzeba – kupa widgetów (zwanych w repozytoriach Jolicloud aplikacjami) z co popularniejszymi usługami sieciowymi, takoż sporo linuksowych programów, które można sobie zainstalować lokalnie… Taki miks bycia w chmurze ze stąpaniem twardo po ziemi. Mnie się to bardzo podoba.

Po instalacji pierwsze, co się robi, to łączy z internetem. W moim przypadku żadnych problemów z kartą sieciową, Wi-Fi bangla od ręki więc jest OK. Łącze z internetem potrzebne jest do tego, by stworzyć lub zalogować się do konta Jolicloud oraz by to konto – jeśli ma się na to ochotę – połączyć z kontem Facebooka i bawić się w ten cały socjal. Konto Jolicloud jest fajne i przydatne. To tam lądują informacje o zainstalowanych przez Was aplikacjach (przy reinstalacji systemu lub instalacji na innym komputerze dzięki tej informacji można ładnie sobie zsynchronizować zainstalowane oprogramowanie i mieć swoje środowisko pracy wstępnie gotowe), tam lądują informacje o Waszych ulubionych aplikacjach i zapewne w niedalekiej przyszłości funkcjonalność konta zostanie poszerzona o kilka innych oczywistych usług (dokumenty i ustawienia programów oraz ich dane w chmurze na ten przykład).

Po zalogowaniu dostajemy na twarz ichni Launcher. Ten cały Launcher to nakładka na system (zrobiona w HTML5 więc słabe maszyny nie powinny mieć z nią większych problemów), która ma jeden cel: wkurzyć człowieka przyzwyczajonego do pracy z desktopem :). Takie jest pierwsze wrażenie i można dostać na łeb próbując się w tym jakoś połapać. Sytuacja zmienia się diametralnie w przypadku gdy korzystacie ze smartfonów androidowych, ioesowych czy innych inspirujących się interfejsem właśnie iOS. Nagle widzicie znane z telefonów ikony reprezentujące programy i widgety, nagle przestaje Wam przeszkadzać, że aplikacje otwierają swoje okna z defaulta zmaksymalizowane i nagle nie macie większych problemów z poruszaniem się po Launcherze. Chłopaki składające tę dystrybucje doskonale wiedzą, co chcą osiągnąć i powiadam Wam, że idą w dobrą stronę. O ile na moim netbooku z matrycą 1280×800 łatwiej pracowałoby się w normalnym desktopowym stylu, o tyle w netbookach z ekranami o przekątnych kilku raptem cali ten Launcher po prostu rządzi. Zresztą i u mnie pracuje się całkiem fajnie i wygodnie choć to była kwestia dostosowania się do zmienionego środowiska, co zajęło mi nieco czasu. Ale po oswojeniu się… Bomba! Ponoć w netbookach z ekranami dotykowymi Launcher dotyk obsługuje więc może to tam być jeszcze większa bomba, niż mi się teraz wydaje.

System jest ładny, kolorystyka fajna, ikony w Launcherze eleganckie… To się po prostu miło ogląda i z tym się miło pracuje. Rzecz jest także pierońsko szybka (o wiele szybsza imo niż pre-release – OpenOffice po prostu śmiga jak bajka) i jak do tej pory nie zauważyłem jakichś problemów ze stabilnością.

Jolicloud nie jest niestety jeszcze spolszczony (byte, zrób z tym coś :)) ale można dokopać się do skrzętnie ukrytego Panelu Sterowania (czy jak to się tam w Gnome zwie) i nasz język sobie doinstalować. Oczywiście Launcher będzie gadał po angielsku nadal ale wszystkie pozostałe elementy systemu będą szprechać normalnie. Niestety także instalacja np. OpenOffice nie instaluje polskich dodatków wraz z aplikacjami. Słowniki, spolszczenie itd. musiałem instalować ręcznie. Przy okazji – jeśli szukacie tam terminala, to szczęścia życzę :). Zrobiono to lepiej – standardowe Alt+F1 zamiast wyłazić z Xservera grzecznie otwiera… terminal w okienku. I już możesie się swoim apt-get bawić. Niestety w temacie obsługi różnych wersji językowych chłopcy od Jolicloud mają jeszcze bardzo wiele do zrobienia.

Bardzo ciekawie rozwiązano kwestię więcej niż jednego konta w systemie. No więc ile byście nie szukali, nie ma w ogóle opcji stworzenia nowego konta w Launcherze. Zapomnieli? Nie, to raczej wynik przyjętej linii myślenia o netbooku jako taniej maszynce będącej personal tak samo, jak telefon. Po prostu te rzeczy są na tyle tanie, że każdy może mieć swoją i dodatkowe opcje dotyczące kont czy innych aspektów działania systemu mogłyby zwykłym ludziom nieco namieszać. Konto oczywiście da się zrobić za pomocą owego Panelu Sterowania czy jak to w Gnome zwał. Ale tu kolejna niespodzianka, którą może pokrótce opiszę. Może małe wprowadzenie: po zainstalowaniu Jolicloud siadłem i zacząłem robić to, co prawdziwi mężczyźni lubią robić najbardziej – zacząłem zapełniać partycję śmieciami, w tym programami oferowanymi w Launcherze (swoją drogą – instalacja softu jest banalnie prosta i przecudnie zrobiona) czyli widgetami ale i aplikacjami natywnymi (VLC, Boxee, te sprawy…). Doropha obiecała przysiąść do Jolicloud po moich zapewnieniach, że działa toto w stosunku do XP z szybkością rakiety i zażądała sobie konta. Zrobiłem, przelogowałem się. I tu zonk – jej Launcher różnił się kompletnie od mojego co jest logiczne, bo to w końcu jej Launcher a nie mój. W Jolicloud nie ma czegoś takiego jak dostęp do zainstalowanych lokalnie programów z prostego dropdown menu mieszczącego się zazwyczaj w lewym górnym rogu pulpitu, to jest znacznie głębiej zakopane. I tu zgłupiałem bo nie wiedziałem jak żonie do tych wszystkich OpenOffisów już zainstalowanych dostęp dać. Żonka ma konto bez uprawnień administracyjnych więc nieco mnie zdziwiło, że trzeba w takim wypadku zrobić rzecz najbardziej oczywistą z oczywistych – trzeba sobie te aplikacje dodać do swojego Launchera tak, by zrobić sobie swój własny, spersonifikowany zestaw aplikacji. Po kliknięciu na ikonce „Add” koło (zainstalowanego już przecież wcześniej przeze mnie) programu OpenOffice Write wzięła i się grzecznie odpowiednia ikonka do jej Launchera dodała. Wniosek stąd taki, że aplikacje/widgety w Jolicloud się dosłownie dodaje do swojego Launchera niezależnie od tego, czy są już zainstalowane czy też nie w systemie. Launcher to Twój dom i urządź go sobie po swojemu. Szczerze mówiąc bardzo mi się spodobało takie podejście do konta użytkownika, bardzo je personalizuje.

Pobawiłem się w sumie dosyć krótko bo ostatnio mocno zajętym kolesiem jestem ale z wartych odnotowania szczegółów – DivXy czy inne MP4 łażą od kopa, większych problemów z łączeniem się do mojego Maca mini nie miałem, obsługa kamerki w Skype działa jak trzeba… Kurczę, w końcu Linuks, który na moim netbooku chodzi szybko jak diabli i w dodatku nie grymasząc! Owszem, sporo jest drobnych błędów i niedociągnięć ale to będzie z czasem wygładzane i zmieniane. Jak na razie jednak Jolicloud zapanował nad moim netbookiem totalnie i wlał w niego mnóstwo świeżej krwi. Hail to the king babe!

Sorry za brak screenów ale obiecuję popisać jeszcze nieco o tej dystrybucji i konkretnych jej zastosowaniach i wtedy screeny będą. Póki co uwierzcie na słowo, że Jolicloud jest estetycznym systemem.

EDIT: A głupio tak jakoś bez screenów to porobiłem ich kilka.

Linux Action Show

Nieoceniony Opi w ramach odchamiania mnie i narzucania Jedynej i Prawomyślnej Religii o Przydługim Akronimie FLOSS, wziął i podrzucił mnie namiar na podcast robiony przez linuksiarzy dla linuksiarzy. Rzekłbym, że nudy, gdyby nie drobna jego adnotacja, że to jeden z niewielu podcastów, w którym proporcje fanboizmu i zdrowego rozsądku są w porządku. Rzekłem sobie, że czas drania obadać i obadałem.

Linux Action Show

Linux Action Show

Zassałem ostatni odcinek, obejrzałem w drodze do pracy i szczerze mówiąc jestem zachwycony tym podcastem (czy raczej wideocastem ale dla mnie to i tak wszystko jedno – ważne by mi na ajfonie banglało i się z sieci samo ssało :)). Dlaczego? A dlatego, że dwóch kolesi mówi o linuksowych, okołolinuksowycj i zupełnie nie linuksowych sprawach w sposób sensowny, z rzeczoną przez Opiego dawką zdrowego rozsądku. Piękny przykład podejścia, o które w naszej blogosferze ciężko, to urywek z ichnich newsów i przyklejenie się do tematu Canonicala, który ogłosił chęć produkowania systemu dla tabletów. News jak news – co tydzień powstaje pewnie z kilkanaście efemeryd innych efemeryd będących pokłosiem odprysków miksów różnych dystrybucji. Ale to właśnie ci faceci zadali jedno, podstawowe, fundamentalne wręcz pytanie: PO CO?

Po co Canonical rozdrabnia się na ileśtam kolejnych wersji swojego distro, dlaczego zasoby rozprasza na kolejne projekty zamiast zająć się tym swoim „core” systemem i zapewnić w końcu to, co obiecywano od dawna: najlepsze możliwe doznania dla użytkownika płynące z używania systemu? Chris celnie zwrócił tu uwagę na to, co aktualnie robi Apple: skupia wszystkie swe siły na jednym celu, który chce osiągnąć – zostać liderem rynku mobilnego. Stąd i tegoroczne WWDC praktycznie w całości poświęcone iOS 4, stąd skupienie za pomocą wszelkich środków wszelkich mediów na tej mobilnej nodze trójnoga przychodów jabłka. Po prostu musi być buzz ale buzz musi być na temat produktów, które faktycznie istnieją/zaistnieją. Robienie czegoś tylko po to, by to zrobić nie mając jakiejś konkretniejszej wizji i zasobów mogących ją wcielić w życie w stopniu dla Smitha/Kowalskiego jakoś istotny… No, to nie jest zbyt sensowne podejście. Apple taką wizję ma i ją z laserową (tak Chris gada :)) precyzją realizuje. Efektem jest ponad 2 miliony sprzedanych iPadów w dwa miesiące i Bóg raczy wiedzieć ile ajfonów jeszcze. Ich wizja i produkt są obecne w coraz większej ilości ludzkich rąk ale to nie bierze się znikąd i nie jest to kwestia tylko i wyłącznie marketingu, jak chciałaby większość naszego linuksowego światka.

Wielki szacun dla chłopaków za te słowa bo mają w nich ogromnie dużo racji. Kiedy producent skupia swoją uwagę na produkcie i jego rozwoju, czują to także użytkownicy. Te same prawidła powinny rządzić (i rządzą) w świecie Linuksa więc wniosek może być tylko jeden: skupcie panowie i panie programiści na dostarczeniu produktu wysokiej jakości. Później myślcie o kolejnych rynkach. Gdzieś tam niedawno w jednym z wywiadów Steve Jobs stwierdził, że iPhone początkowo miał być tabletem. Ale Apple postanowiło najpierw ideę mobilnego urządzenia z aplikacjami wprowadzić pod strzechy sprzedając telefony i pracując nad systemem operacyjnym i sprzedaży oprogramowania nań a dopiero później wprowadzono tablet – lata całe po premierze czegoś, co początkowo miało nim być (sic!). Wniosek z tego taki, że czasem warto się zastanowić, co właściwie chce się robić i jak to osiągnąć.

Porwał mnie pomysł chłopaków na połączenie Androida i Ubuntu. Androidowe podstawy i ubuntowe wygładzenie całości tak, by użytkownik dostał najlepsze z najlepszego… To naprawdę mocna sprawa! Pomysł imo świetny i być może ktoś kiedyś coś takiego wdroży także na desktopach a nie tylko na telefonach: system rozwijany przez jedną z największych firm świata plus odpowiedni look & feel systemu i aplikacji nań tworzonych. Tak, to by mogła być dla Linuksa wielka sprawa.

A zresztą, sami sobie obejrzyjcie. Warto. Opi, po raz kolejny – dzięki za fajny namiar!

Strona Linux Action Show

Applowski sklep z aplikacjami dla Mac – za i przeciw

Jakiś czas temu makową blogosferę rozgrzała informacja o ponoć przemyśliwanym przez jabłko sklepie z aplikacjami dla Mac OS X stworzonym na kształt sklepu App Store. Przetoczyła się przez blogosferę fala krytyki takiego pomysłu, posypały się zarzuty o zamykaniu platformy i bóg jeden raczy wiedzieć co jeszcze. Trochę zabawnie się to czytało w kontekście braku istnienia w ogóle takiego projektu (choć diabli wiedzą co tam w Cupertino kombinują), niemniej samemu pomysłowi warto się moim skromnym przyjrzeć. Dlaczego? Bo korzystam z tego na codzień i widzę, jak to działa w praktyce. Może nieco innej, niż związanej z pieniędzmi, zarabianiem i w ogóle, niemniej o praktykę chodzi. Ano, rozchodzi mi się o linuksowe repozytoria oprogramowania, z których dobrodziejstw od lat korzystają linuksiarze i które są jednym z największych plusów Linuksa jako systemu operacyjnego i z czego jabłko może czerpać garściami inspirację dla rozwinięcia własnego pomysłu.

Zacznijmy od spraw podstawowych: oprogramowanie dla OSX (czy też Windows) zdobywamy w inny sposób, niż dla telefonu komórkowego. Nie mamy jednego miejsca, z którego moglibyśmy ssać programy, w którym byłyby one opisane jak trzeba, w którym byłyby zrzuty ekranów, ceny itd. Źródeł oprogramowania jest tak wiele, jak deweloperów i są one bardzo rozproszone. Oczywiście istnieją różne serwisy w stylu VersionTracker, które jakoś w tym całym programowym buszu próbują nieco porządku wprowadzić ale umówmy się – są to rozwiązania niewystarczające, nie zawsze zrealizowane tak, jak być powinny no i problem podstawowy: nie są one dostarczone wraz z systemem, przeciętny Kowalski najprawdopodobniej na nie trafi a ten brak integracji z systemem może tylko namnożyć problemów dla owego przeciętnego Smitha.

Zupełnie inaczej wygląda to w takim na ten przykład Ubuntu. Tam firma Canonical dba o centralne repozytorium oprogramowania dla swojego systemu, dba o odpowiednie tego oprogramowania wzajemne współdziałanie (zachowanie zależności między pakietami) itd. Jasne, tam samo oprogramowanie jest inne (w większości OpenSource, co pozwala na wprowadzenie czasem niezbędnych modyfikacji) ale sama filozofia funkcjonowania systemu dystrybucji oprogramowania jest tym, co mnie tu interesuje. A więc Canonical dba, by oprogramowanie przez nich dostarczane nie było niebezpieczne (o to w sumie w większości dba sam ruch OpenSource, który dzięki otwartości kodu może ten sprawdzać na różne sposoby i problemy zgłaszać w wielu miejscach do tego przeznaczonych) i – co najważniejsze – by było stabilne w całym systemie składającym się na dystrybucję Linuksa. Użytkownik na swoje własne życzenie może do repozytoriów oferowanych przez dystrybutora dołączyć swoje, zawierające programy z różnych względów nie zawarte w repozytoriach Canonical (kwestie otwartości, patentowe, ograniczeń prawnych w różnych krajach itp.). Canonical więc z punktu widzenia użytkownika dba o swój system, dostarcza oprogramowanie (a gdzie i przez kogo jest ono tworzone to już inna historia), hostuje pakiety z programami na swoich serwerach (oczywiście dalekie to od prawdy ale tak to wygląda z punktu widzenia Kowalskiego) i oferuje w miarę łatwy sposób po nich się poruszania – jest od tego specjalny program. Słodko. Jest jeszcze słodziej – programiści nie muszą nikomu za możliwość kodowania płacić i generalnie rzecz biorąc stoi za nimi potężna infrastruktura stworzona na bazie darmowych i wolnych rozwiązań, która ułatwia im życie czy to jeśli o hosting kodu i źródeł chodzi, czy też promocję oprogramowania. Jednak tym wspólnym punktem, który ułatwia człowiekowi życie jest właśnie repozytorium, do którego oprogramowanie wpada.

Jak to wygląda aktualnie w App Store? Deweloper płaci roczną stawkę 99 papierów, za co ma fundowaną drogę przez mękę (ostatnio jakby nieco krócej trwającą ale zawsze to męka) w temacie przyjęcia aplikacji do sklepu (i sposobu jej kdowania) ale jeśli już ten moment nastąpi, może odetchnąć i skupić się na jej promocji. Apple bierze na siebie hosting i tak jak Canonical dba o to, by programy nie były niebezpieczne czy niespójne z systemem iPhone/iPoda touch/iPada. Under the hood dzieje się tam jeszcze sporo innych zapewne rzeczy ale nie chodzi mi o opisanie App Store a o to, co może jabłko z linuksowej rzeczywistości wziąć dla siebie by stworzyć dobre repozytorium dla oprogramowania dla OSX.

Jak widać Apple tworząc jeden sklep, do którego dostęp zapewniony jest przez oprogramowanie instalowane wraz z systemem (iTunes) na każdym komputerze, telefonie/iPodzie/iPadzie pierwszą część wdrażania ma za sobą – dostępność sklepu. Apple dba o to, by oprogramowanie zgłaszane przez programistów do sklepu było zawsze dostępne, by aktualizacje były wprowadzane jednocześnie na całym świecie i by ktoś używający danej aplikacji w Kalkucie mógł równie łatwo i szybko ją pobrać, co koleś w Poznaniu czy Cupertino. Canonical robi to samo propagując zmiany w swoim repozytorium na wszystkie serwery na całym świecie, które to repozytorium przechowują. A więc tu zasadniczo jest podobnie. Oczywiście istnieją podstawowe różnice z takiej to choćby racji, że Apple stworzyło sklep a nie same repozytoria oprogramowania i oferuje takie choćby odpłatności, niemniej co do zasady pliki krążą podobnie – firma dba o ich aktualizację na wszystkich serwerach na całym świecie.

Co prócz hostingu plików, dbania o różne ich wersje i tym podobne mogłoby oferować Apple? Przede wszystkim sklep z oprogramowaniem. Aktualnie by kupić soft, zazwyczaj musimy biegać po różnych stronach by go znaleźć. Gdy już znajdziemy odpowiadający nam program, musimy w jakimś systemie płatności go kupić. I w pomyśle na sklep nie ma nic rewolucyjnego – kupować można już teraz ale z tą drobną różnicą, że wymaga to nieco więcej wysiłku (bo np. bezpośrednio ze strony programu), niż kliknięcie w przycisk „Kup” (lub „Pobierz” jeśli program byłby darmowy) w jednym, posiadającym pełen katalog oprogramowania miejscu. Sukces AppStore dobitnie świadczy o tym, że użytkownicy po prostu lubią wygodnie wydawać pieniądze. Czemu nie miałoby to zaiskrzyć w formie desktopowej i dla programów desktopowych? Jeden spójny system płatności, pobierania i dbałości o oprogramowanie desktopowe – oj, to chciałbym zobaczyć na swoim OSX.

Co na taki kanał dystrybucji powiedzieliby deweloperzy? Nie wiem ale każdy dodatkowy (tym bardziej, że zintegrowany z systemem) kanał dystrybucji powinien ich zainteresować. Słowo-klucz to „dodatkowy”. Otóż Apple nie może zamykać oprogramowania dla OSX tylko do oferty swojego sklepu. Sklep powinien stanowić komplementarny kanał dystrybucji oprogramowania dla deweloperów, którzy chcieliby z niego skorzystać. Taki sklep mógłby mocno ożywić rynek oprogramowania dla OSX przez samą owego dostępność na odległość przysłowiowego kliknięcia myszką. Tak jak w Ubuntu łatwe jest zainstalowanie programu przez jego po prostu wybranie z listy dostępnego softu, tak łatwe powinno być zainstalowanie programu na OSX. Oczywiście zrobione by to musiało być Mac way – prosto, czytelnie, z sensownym interfejsem itd. Tu App Store może stanowić pewien wzór acz nie jest to twór idealny, o czym wiemy i my, użytkownicy, i sami deweloperzy.

A więc centralne repozytorium oprogramowania dla OSX stworzone przez Apple typowo Mac way i z dużymi ułatwieniami dla deweloperów… To chciałbym zobaczyć bardzo w kolejnej odsłonie systemu. Dlaczego? Bo to po prostu ogromne ułatwienie jest dla użytkownika. Instalacja i deinstalacja oprogramowania na dystrybucjach Linuksa korzystających z repozytoriów jest banalnie prosta. Dotarcie do programu dzięki wyszukiwaniu w takim np. Synapticu jest takoż banalne a dzięki dbałości firmy Canonical o pakiety dla swojej dystrybucji, Ubuntu jest stabilne i pracuje dobrze na większości komputerów. Chciałbym, by Apple coś w ten deseń wdrożyło, by certyfikowało oprogramowanie (dzięki temu miałbym pewność, że soft został przetestowany i nie powinien sprawiać problemów), by umożliwiało jego wygodne kupno a deweloperom jego wygodne dla użytkowników aktualizacje, by zadbało o hosting plików i ich dystrybucję. No i w końcu – by dało narzędzia do promocji oprogramowania w sklepie, do jego oceniania i komentowania… Jasne, to wszystko istnieje już w wielu serwisach i inicjatywach ale ich problemem podstawowym jest właśnie to, że jest ich wiele. Jednocześnie nie widzę opcji, by Apple zamykało OSX przed oprogramowaniem niecetyfikowanym i niedostępnym spoza ich sklepu. Wtedy osobiście poleciałbym do Cupertino i rzucił w Jobsa tym, co tylko by mi się pod rękę nawinęło.

Tak więc sam pomysł wydaje mi się ciekawy i jak najbardziej widzę potrzebę jego realizacji. Z zastrzeżeniem, że wszechobecna ostatnio w Apple mania do zamykania wszystkiego, co tylko się da zamknąć, nie miałaby tu miejsca. Mieć po prostu nie może bo to byłoby zabójstwo platformy. Tak więc wujku Stefanie – tym razem posłuchaj się, popatrz się jak robią to inni i sam się najlepiej przekonaj, jak wygodne może to być rozwiązanie dla użytkowników. A to dopiero początek bardzo wielu fajnych pomysłów, które oferuje ruch OpenSource…

Sklep z aplikacjami dla OSX? TAK! Oprogramowanie dla OSX dostępne tylko przez taki sklep? Stanowczo NIE! Teraz jabłuszko nie pozostaje nic innego, jak realizować :)

Monitor dla papy CoSTy

Droga rodzinko (a może i jakiś sponsor się znajdzie, kto wie :)). No niestety, brak monitora do komputera boli strasznie. Nie ma na czym zdjątek i filmików obrabiać (no i Gutka wcale nie widać na stronie), nie ma jak żyć po prostu. Gromadzę powoli (a właściwie to wcale bo zawsze są jakieś inne wydatki) zasoby na nowy monitorek ale jeśli macie jakieś zbędne eurasy w portfelach drogie moje ciotki, to ja je bez skrupułów przyjmę. Znacie mnie :)

Kliknięcie na powyższy obrazek przeniesie do płatności PayPal, gdzie (jeśli jeszcze nie macie) można sobie konto założyć i wygodnie kasę przelewać.

Żebrzę? Jasne! Wstydzę się? Ani trochę :)

Logowanie

Ostatnie komentarze

Lifestream