CoSTa's Family Page

Icon

Nas dwóch, one dwie plus cała reszta gangu zwanego Rodziną. Nasze przypadki, wypadki i odpadki. Nasze historie małe i wielkie. Nasze życie sote. Batteries not included.

Hey – Misie

W ramach noworocznych porządków na hardzielu wzięło i mnie się przypomniało. Jezu słodki jaki ten kawałek jest dobry… Kasiu, o powrót do korzeni poprosimy w następnej płycie – będzie to miła odmiana po niezłych ostatnich eksperymentach. Brakuje dobrego, rockowego grania w tym kraju. W dodatku z doskonałymi tekstami.

Pobierz / przesłuchaj utwór (mp3; 8,5mb)

Dzisiejsza playlista – Gothic Acoustic Tribute To Nine Inch Nails

Wykopalisk twardzielowych ciąg dalszy. Krążek sprzed kilku lat, który dziś wyskoczył jak królik z kapelusza i podobnie jak to przemiłe zwierzątko, wziął i mnie miło zaskoczył. Zrobiłem taki okrągły dziubek, oczka mnie się nieco rozszerzyły, chrapki takoż a oddech lekko przyspieszył. Oj tak, krążek Gothic Acoustic Tribute To Nine Inch Nails się papie spodobał…

Cały album to covery co bardziej znanych utworów od NIN. Cały ich urok polega na tym, że są zaaranżowane i podane w formie akustycznej i z wokalami czasem nawet kobiecymi, co możecie usłyszeć w przedstawionym coverze utworu Burn. Nie powiem, podoba mnie się to okrutnie!

Album jest dynamiczny jak na covery NIN przystało. Ma jednak niepowtarzalny feeling a przejście w brzmienie akustyczne dało znanym utworom fantastyczną, nową, powabną i bardzo czasami zmysłową otoczkę. Coś jest w brzmieniu gitary akustycznej takiego, co zmiękcza kolana i rozluźnia łokcie. Połączenie tych cech z bezpardonowym stylem NIN dało w efekcie mieszankę, od której na długo pewnie się nie odkleję. Bardzo smaczne i polecam z całego serca!

Pobierz / przesłuchaj utwór (mp3; 7mb)

Artysto, zadbaj o siebie sam!

Stara prawda głosi: gdy artysta dupa, to z zarobków na swojej muzyce i tak wyjdzie mu kupa. OK, prawdę dopiero co wymyśliłem ale ma ona solidne podstawy w świecie mierzalnym, szczególnie wielkością przelewów z mojej Visy na artystyczne konto. Z takim przypadkiem mam właśnie styczność i może niechaj posłuży on za case study i podpowiedź naszym o-mój-boże-wszyscy-piracą-gdzie-moja-kasa artystom, gdzie tak właściwie ginie ich możliwość zarobku.

Zacznijmy od prawdy podstawowej: mamy rok 2009 a to oznacza, że od jakichś dziewięciu lat możemy dumnie mówić, żeśma w dwudziestym pierwszym wieku panie (niektórzy mówią, że od ośmiu ale nie bądźmy drobiazgowi). Oznacza to też mniej więcej tyle, że w ciągu ostatnich kilku lat nastąpiła cicha ale gwałtowna rewolucja, z której chyba niezbyt zdają sobie sprawę sami artyści, o wydawcach czy innych producentach już nie wspominając. Otóż spowszedniał nam internet. Net stał się faktem znanym ogólnie i szeroko i chyba właśnie dlatego zabrakło niektórym motywacji do lekkiej nad nim refleksji. Tak jak nie zastanawiamy się na codzień nad naturą przyciągania ziemskiego, tak niezbyt chce nam się zastanawiać nad tak aksjomatyczną już dziś sprawą, jak stałe łącze czy Wi-Fi dostępne już praktycznie wszędzie, gdzie jest choć kawałek cywilizacji. Dla przykładu: ostatnio w poznańkiej Plazie siedząc i na Endera z Karen czekając odbyłem twitterową dyskusję z jakimś znajomkiem siedząc sobie w kafejce korzystając z jej HotSpota – ot naturalna i zwykła sprawa w dzisiejszych czasach. Rzecz naturalna ale chyba brakuje refleksji panom producentom i wydawcom nad tym, co ona implikuje.

Implikacja jest jedna i prosta: jesteśmy praktycznie ciągle online a internet stał się frameworkiem, który udostępnia kupę narzędzi, z których można korzystać próbując nam coś sprzedać.

I teraz czas na wspomniane case study, w którym jak na dłoni pokażę naszym o-mamo-on-kradnie-muzykę-bo-słucha-jej-w-necie pożal się boże artystom i ich jeszcze bardziej boże się żal menedżerom, gdzie giną im pieniądze.

Ni z gruchy, ni z pietruchy dostałem via Twitter informację, że obserwuje mnie jakiś dziwny osobnik. Ma sporo aktualizacji statusu, sporo followersów więc pewnie nie spamer. Miano dziwne jakieś i anglojęzyczne – a sprawdzę o co loto. Jeden klik później znalazłem się na twitterowym profilu grupy The Aurora Project. Historia pewnie jakich wiele. Ale tu zrobię stop i podrzucę pierwszego hinta naszym ojej-ja-nie-wiem-co-to-twitter artystom a szczególnie ludziom odpowiedzialnym za wpychanie ich produkcji innym.

Hint: w życiu nie słyszałem o kapeli The Aurora Project. W życiu nie słyszałem ni jednego kawałka tej formacji. Ale to nie znaczy, że The Aurora Project nie słyszało o mnie :). Ano, najprawdopodobniej manago grupy czy kto tam odpowiada za sensowne podejście do potencjalnego klienta i najpewniej ma w okolicach trzydziestki i coś kuma w temacie klikania myszką, wziął i przeorał coś, co nazywa się serwis społecznościowy. Tym serwisem mógł być dla przykładu serwis Last.fm, w którym bardzo wielu ludzi zupełnie bezpłatnie zostawia bardzo bogatą bazę swoich ulubionych wykonawców i stylów muzycznych. W dodatku robi to aktywnie więc pewnie wie, o co w tym całym internecie chodzi i nie będą mieli owi ludzie większych problemów ze zrozumieniem, co to jest płatność online. Teraz styka już poszperać w tagach odpowiednich i wziąć na celownik ludzi, którzy na ten przykład lubią rock progresywny. A mój profil aż krzyczy o tym, że prócz elektroniki wręcz wielbię progrocka! Teraz musi tylko zaiskrzyć…

W dzisiejszych czasach swobodnego dostępu do informacji trudno już komukolwiek wmówić, że wrzucenie kilku plików na serwer to ten sam czy wręcz większy koszt, niż zakup tłoczonej, opakowanej, wożonej i potrójnie omarżowanej płyty CD. Ludzie nie łykają tego i słusznie skrobią się po głowie paluchami kiedy widzą, że ściągnięcie kilku plików kosztowałoby ich tyle, co zakup płyty. Uwierz mi na słowo muzyka-w-sieci-to-przestępstwo! artysto – ludzie nie są głupkami (przynajmniej nie wszyscy) by nie rozumieć różnicy w kosztach dystrybucji cyfrowej i tradycyjnej. I ludzie nie widzą żadnego innego powodu, prócz chęci wydojenia ich na maksa, w podobnych cenach plików i fizycznej płyty. W efekcie nie kupią pewnie ani plików, ani płyty. Ot z czystej i zdrowej zasady: jak Kuba bogu, tak bóg Kubie. Chcesz mnie brać od tyłu? Odbędzie się to z wzajemnością…

W dzisiejszych czasach swobodnego dostępu do informacji trudno już komukolwiek wmówić, że dystrybuowane pliki muszą być czymś zabezpieczane i maksymalnie utrudniać mu życie. Trudno też komukolwiek wmówić, że to dla jego dobra (gdzieś czytałem i takie wytłumaczenia dla DRM a moja szczęka zaliczała mocne odbicie od blatu stołu). Jeszcze trudniej komukolwiek wmówić, że te pliki muszą być gównianej jakości. Bo co? Bo moje MP4 tego nie wytrzyma? Telefon nie da rady obsłużyć mp3 320 kbps? iPhone nie poradzi sobie z losslessowym formatem? Chcesz mi artysto wciskać pliki w tej samej cenie, co płyta CD i w jakości nawet nie dotykającej tego, co daje krążek? I dalej sądzisz, że nie będziesz traktowany jak skończony idiota próbujący najzwyczajniej w świecie oszukać potencjalnego klienta? No to po raz kolejny ma zastosowanie zasada odtylniej wzajemności.

Wszędobylstwo internetu implikuje też co innego – chęć natychmiastowego zaznajomienia się z proponowanym do zakupu towarem. A tej chęci odpowiada możliwość jej prezentacji. Różnie to sklepy internetowe robią – niektóre dają kilkudziesięciosekundową próbkę, inne nic nie dają, jeszcze inne pozwalają przesłuchać cały album online. Słusznie bowiem wychodzą z założenia, że jeśli coś wpadnie w ucho, to albo posłucha się tego w radio, albo – co bardziej prawdopodobne – po prostu ściągnie się z warezów. Mądre sklepy/artyści zwiążą słuchacza ze swoją stroną, nie pozwolą mu zrobić ten klik więcej, by poszperać w zasobach trackera za daną produkcją. Jak to robią? Po prostu pozwalają zapoznać się z albumem wprost na stronie sklepu/artysty. Tu sugeruję możliwość odpalania jakiegoś osobnego okienka z playerem, tak by można było sobie po stronie sklepu/artysty surfować w spokoju.

OK, wróćmy do case study i kapeli The Aurora Project. Oto modelowy przykład tego, jak dziś można sprzedawać muzykę i warto zwrócić uwagę, że to tylko jeden z kanałów sprzedaży. Jak już wspomniałem, The Aurora Project znalazło mnie a nie ja wpadłem na tę grupę ssając jej album z torrentów (radia od dawna już nie słucham, nie lubię bloków reklamowych przerywanych muzyką). Pierwszy duży plus. Jestem zaciekawiony.

Hint #2: Informacja, którą dostałem od grupy była daleka od natarczywości. Zostałem poproszony o przesłuchanie albumu i – jeśli mi się zechce – wyrażenia o nim swojej opinii. A jeśli mi się spodoba i będę miał taką ochotę, kupić album mogę na takiej i takiej stronie. Tyle.

Hint #3: Album można przesłuchać sobie w całości wprost ze strony kapeli. Podczas gdy piszę te słowa leci mi właśnie drugie przesłuchanie albumu i zaczyna mi się on podobać. Trochę surowy ale zdecydowanie to ten rodzaj muzyki, który lubię. Mogłem się o tym przekonać ssając album na torrentach ale w zamian marnuję sobotni poranek i robię wokół kapeli buzz. Trzy do zera dla The Aurora Project.

Hint #4: Album mogę natychmiast kupić. Wystarczy klik i mam dostępny cały wachlarz opcji i formatów. Mogę sobie zamówić płytę CD (17 dolców, z shippingiem pewnie i tak wyszłoby taniej, niż w większości naszych sklepów) lub mogę sobie pobrać album od razu na komputer. Mogę pobrać sobie pliki w kilku formatach, w tym w moim ulubionym – Apple Lossless (FLAC też jest, spoko). Cena? A sam sobie ustalam, minimum to 5 euro ale jeśli chciałbym dać kapeli więcej, chociażby za to, że gra fair (a wierzcie mi, ludzie to doceniają), to nie ma przeciwwskazań. Hell, jest to tak zrobione, że jeśli posiadasz jakiś sensowny telefon (czyli nie iPhone), możesz sobie kupić i ściągnąć album choćby i przez telefon – później już tylko rozkompresować i wrzucić muzykę w playlisty i voila, nic tylko się cieszyć muzyką. Cztery do zera! (o braku DRM nie wspominam, to oczywistość)

Hint #5: Na stronie jest cały zestaw narzędzi wykorzystujących wszystkie te modne dziś Twittery i inne Fejsbuki, dzięki którym można informację o albumie słać znajomym czy też w prosty sposób można wrzucić info o płycie na bloga. Ot kolejne z wielu ułatwień i stawanie frontem do klienta. Pięć do zera. I starczy, bo to już pogrom tradycyjnego modelu sprzedawania muzyki.

Cały powyższy wywód może uproszczę na rzecz naszych domorosłych menago i jak-to-się-dzieje-że-mi-płyty-nie-idą artystów. Moi drodzy, czas zacząć się uczyć i wyciągać wnioski. Oto jak wygląda dziś modelowy wręcz sposób na sprzedaż muzyki:

  1. Oferta skierowana wprost do klienta, który może być nią zainteresowany. Wysłanie mi info o ostatniej płycie zacnej skądinąd kapeli Boys potraktuję jak spam. Progrock traktuję zupełnie inaczej i wieści z tego zakątka muzycznego świata po prostu mnie interesują. Tym samym wraca podstawowa funkcja reklamy: informacyjna. A ludzie lubią być informowani o tym, co ich interesuje, serio. Trzeba tylko zachować zdrowy umiar i proporcje między informacja a hype – jak wszędzie.
  2. Oferta stonowana, napisana w tonie informacji a nie nachalnego darcia się wprost do ucha. Nie tędy droga.
  3. Możliwość zapoznania się z albumem, który chce się komuś sprzedać. To pozwala ominąć etap przekliknięcia na torrentowy tracker li tylko po to, by sprawdzić, czy aby się nie wyda kasy na marne. Poza tym zawsze coś w uchu zostanie i jak nie teraz, to może w niedalekiej przyszłości może jednak przynieść to owoce.
  4. Sensowna cena i mnogość opcji podana w przystępnej formie, tak by potencjalny klient nie pogubił się w tym wszystkim. Istotna sprawa: mnogość możliwości płatniczych. Visa, PayPal, te sprawy… Nic nie pobije możliwości natychmiastowego ściągnięcia sobie albumu w bezstratnej jakości. Tu konieczna sprawa: dbać o prawidłowe tagowanie!
  5. Kolejna bardzo istotna sprawa – bezpośredni kontakt z klientem. Mam Twittera i nie zawaham się go użyć! Skoro mnie zaczepiono via Twitter, czyli serwis do komunikacji, to ja chcę się z kapelą komunikować i kiedy o coś pytam, to chce otrzymywać odpowiedzi. W przeciwnym wypadku uznaję, że wykorzystano kanał komunikacji do wysłania spamu. Prosta i klarowna zasada a jakże nieoczywista dla tuzów naszego biznesu rozrywkowego…

I to wszystko. To wystarczyło, bym popełnił sążnisty wpis na blogu, który nawiedza dziennie kole 600-700 osób (chyba nieźle jak na bloga o pierdołach i o niczym :)) i bym całym sobą aż wykrzyczał: bierzcie i nawiedźcie stronę kapeli! Kliknijcie po prostu poniższy obrazek i fruńcie na stronę albumu Shadow Border, przesłuchajcie go a jeśli Wam się spodoba – nie wahajcie się go kupić. Cena jest uczciwa, jakość jest uczciwa a uczciwe podejście do słuchacza warto premiować zakupem. Ot chociażby po to, by przytrzeć nosa niereformowalnym wytwórniom. A i sama muzyka całkiem ciekawa…

The Aurora Project - Shadow Border

The Aurora Project - Shadow Border

Monitor dla papy CoSTy

Droga rodzinko (a może i jakiś sponsor się znajdzie, kto wie :)). No niestety, brak monitora do komputera boli strasznie. Nie ma na czym zdjątek i filmików obrabiać (no i Gutka wcale nie widać na stronie), nie ma jak żyć po prostu. Gromadzę powoli (a właściwie to wcale bo zawsze są jakieś inne wydatki) zasoby na nowy monitorek ale jeśli macie jakieś zbędne eurasy w portfelach drogie moje ciotki, to ja je bez skrupułów przyjmę. Znacie mnie :)

Kliknięcie na powyższy obrazek przeniesie do płatności PayPal, gdzie (jeśli jeszcze nie macie) można sobie konto założyć i wygodnie kasę przelewać.

Żebrzę? Jasne! Wstydzę się? Ani trochę :)

Logowanie

Ostatnie komentarze

Lifestream