CoSTa's Family Page

Icon

Nas dwóch, one dwie plus cała reszta gangu zwanego Rodziną. Nasze przypadki, wypadki i odpadki. Nasze historie małe i wielkie. Nasze życie sote. Batteries not included.

Gram – DeathSpank

No i przepadłem na dobre. Zrobiłem bowiem rzecz złą z definicji: wydałem pieniądze na grę i do tego grę bliską doskonałości w swojej niszy. Płacę teraz za ten błąd cenę straszliwą bo zamiast myśleć o chorym dziecku, zamiast kombinować jak tu żonę uszczęśliwić, zamiast być zamartwiającym się o byt i chudobę mężem i ojcem -- siedzę i gram. I jakąż mi to radość sprawia!

DeathSpank

DeathSpank

Czym jest DeathSpank? To miks hack’n'slasha znanego z Diablo czy setek innych jego klonów z miejscami absurdalnym, miejscami chorym, miejscami pythonowskim, miejscami po prostu głupim humorem Rona Gilberta, którego poczucie tak zwanego humoru znamy od lat grając od lat w Monkey Island 1 i 2. DeathSpank to absolutnie heroiczny heros, który heroicznie walczy o heroicznie wywalczoną Wolność, heroicznie wymierzoną Sprawiedliwość, heroicznie zaprowadzoną Prawość i mnóstwo innych pozytywnie kojarzonych cech pisanych koniecznie z wielkiej litery. DeathSpank to pocieszny idiota, którego przypadłością jest zamiłowanie do broni wszelakiej i niezmierzona chęć do wywijania nią na wszystkie możliwe sposoby. Najlepiej bez użycia międzyusznej zawartości swojej mózgoczaszki. Problem w tym, że wychodzi mu to nad wyraz dobrze a kierując poczynaniami DeathSpanka gracz staje się archetypem tępego bohaterskiego mięśniaka-idioty i -- o zgrozo -- nic a nic mu to nie przeszkadza :).

Gra jest całkowitą odwrotnością trendu, jaki ostatnimi czasy ogarnął nasze konsole. Każą nam w tych trendy grach łazić kilometrami fotorealistycznie i czasorealistycznie odwzorowanej krainy rodem z Morrowinda. Każą nam zastanawiać się nad upadłym światem i znów łazić kilometrami w jakichś falloutowych klimatach. Każą nam łazić po miastach, jeździć samochodami i godzinami rozgrywać naturalistyczne misje dziejące się gdzieś w Gran Theft Auto (Jezu jak mnie ta gra w swojej czwartej odsłonie znudziła)… Widzicie w czym problem? Gry zaczynają stawać się pełnowymiarową pracą zamiast dostarczać tego, co giercmani mający poza komputerem i swoje życie oczekują -- czystego funu.

DeathSpank został stworzony z myślą o ludziach, którzy kładą wielką lagę na odwzorowanie rzeczywistości w grach, którzy mają raptem kilka minut czasu na klepnięcie questa, których bawi absurdalny humor i którzy plwają na fotorealistyczne odwzorowanie ruchów bohatera. W tej grze liczy się maszowanie butonów, dopakowywanie cech bohatera i łykanie coraz to nowszych broni, dzięki której będzie można killować coraz to pokraczniejsze stwory. W zadaniu ratowania świata pomogą nam niewątpliwie fajna, wykręcona grafika w full HD, niezgorszy dźwięk i cała galeria coraz to dziwniejszych postaci robiących coraz to dziwniejsze rzeczy jak choćby grabarz na nawiedzonym cmentarzu, który pakuje zwłoki do ziemi dla zaspokojenia swojego nieco dziwnego przyznacie hobby.

Grafika czy rysunki postaci sugerują, że gra przeznaczona jest dla dzieci ale nic bardziej mylnego. Grę docenią dorośli, szczególnie ci, którym pythonowskie klimaty nie są obce. Dialogi w grze są świetne, postaci mocno czasem absurdalne a otrzymywane questy zdrowo miejscami pokręcone. Efektem jest czysta przyjemność płynąca z grania, wykwitający na twarzy co i rusz niezdrowy uśmiech i rosnący wraz z graniem syndrom „jeszcze jeden queścik przed snem”. Od tej gry autentycznie nie można się odkleić! I nawet jeśli walka z czasem staje się dosyć schematyczna i powtarzalna, to dzięki mnogości broni, zbrój, eliksirów i czego tam jeszcze wciąż sprawia frajdę. Zrobiono bowiem grę, w której na mechanikę rozgrywki położono spory nacisk i to się czuje. Walki są płynne, używanie przedmiotów i broni dosyć oczywiste a uproszczenie progresu postaci pozwala skupić się nie na cyferkach ją opisujących, a na rzeźni, którą owa czynić w imię Sprawiedliwości i Prawości powinna.

Od bardzo dawna w coś tak dobrego nie grałem. Jestem w mniej więcej jednej trzeciej gry ale już wiem, że nie spocznę, póki na 100% jej nie machnę. Kupa humoru jest w questach pobocznych a są one na tyle dobre, że po prostu chce się wszystkie machnąć by te absurdalne dialogi poznać, nowe zabawki zdobyć i swojego heroicznego bohatera-idiotę dopakować na maksa. Kupa przy tym zabawy i to na cholernie wysokim poziomie. Czy warto? Kochani -- KONIECZNIE!

Ocena w skali 1-10: póki co 9!

Strona gry

Elektronika – moje the best i the worst

Ostatnio dopadła mnie faza na wspominanie sobie różnych urządzeń elektronicznych (mniej lub bardziej), które w życiu „zaliczyłem” i które jakoś w mojej pamięci pozostały. Z elektroniką jest jak ze wszystkim, co ma się nieco dłużej niż bilet autobusowy – gromadzi wspomnienia, przylegają do niej uczucia, obdarza się czasem te elektroniczne zabawki namiastkami osobowości, czasem wyzywa się je od najgorszych, czasem chce się je poklepać po plecach (gdziekolwiek taki na ten przykład składak owe plecy ma)… Jednym słowem – stają się te gadżety elementem życia. Na dobre i na złe.

Powiem Wam teraz o kilku elektronicznych gadżetach i urządzeniach, które najbardziej wbiły mi się w głowę, z którymi wiąże się najwięcej latającej dookoła karmy, które dały mi najwięcej radości tudzież wpędziły mnie w największą frustrację. Po prostu: będzie to moja lista the best of, którą rozpocznę od urządzenia, które przez ładnych kilka lat wpędzało mnie w stany ekstremalne.

Składak PC
Lata całe miałem cudo, w którym wymieniłem dokładnie wszystko prócz płyty głównej. Miałem sprzęt, który dzielnie służył mi do grania, nauki różnych mało przydatnych pierdół, poznawania Linuksa i generalnie oswajania się z tworem, który zwie się Personal Computer. Moje obcowanie z poczciwym składakiem miało swoje wzloty ale przede wszystkim miało upadki. Ciągle było mu czegoś za mało – a to pamięci, a to mocy procka, a to mocy GPU karty graficznej. Pochłonęło to cudo masę pieniędzy zanim zrozumiałem, że granie na PC nie ma większego sensu właśnie ze względu na kasochłonność. Miałem już wtedy swoje kochane PlayStation i naocznie oraz własnoręcznie przekonałem się, jak wygodnym rozwiązaniem jest konsola podpięta do TV. Składak dokonał swego żywota serwując mi problemy z wydalaniem ciepła z coraz to mocniejszych procków i GPU, co powodowało mus dopychania wiatraków w obudowie wręcz już na siłę. Po zamontowaniu czterech czy pięciu rzekłem sobie przekrzykując ich jazgot, że nie tędy droga a ja jestem na takie babranie się po prostu za stary.

Składak dał mi w kość bardzo i mimo wielu wspólnych wzniosłych chwil, klnę na tego drania do dziś bardzo szpetnie. To było jedno z najgorszych urządzeń, które w życiu miałem. Może stąd taki mam wstręt do jednostek centralnych i całej tej pecetowej reszty. Po prostu już mnie to nie bawi, już nie chcę mieć w domu czegoś, z czym muszę się z czasem coraz bardziej bić.


Dell mini 1210

Dell mini 1210

Dell mini 1210

Kupiłem jakiś czas temu tego netbooka z jednym założeniem: miał mi robić za dump fotek na wakacjach i miał służyć do wstępnej ich obróbki. Zasadniczo z zadania wywiązał się nieźle ale problemy z użytkowaniem zaczynają niestety wychodzić. Główny problem: netbook jest przeraźliwie woooolnyyyyy… Od momentu włączenia komputera do zalogowania się mija sporo czasu ale doliczając czas, który jest potrzebny na odpalenie się tych wszystkich łażących w tle pierdół (wyłączałem już co się dało – niewiele pomaga), mija już chęć do odebrania maili czy pobiegania po stronach. Także proces wybudzania drania z uśpienia potrafi trwać pierońsko długo a mnie na to zaczyna już powoli brakować cierpliwości. Ba, nawet po włączeniu, załadowaniu wszystkiego co trzeba i wreszcie czekaniu na akcję użytkownika, komputer nie przestaje być wolny. Flash potrafi przyblokować matoła solidnie, otwarcie jakiegoś programu biurowego wlecze się niemiłosiernie i albo wymienię w tym kompie dysk na coś bardzo szybkiego, albo po prostu dam bratu by miał coś dla praktykantów. Nie wspominam nawet o baterii, która w standardzie trzyma jakieś dwie i pół godzinki maks. Jasne, mogłem sprezentować sobie lepszą ale za tę kasę mogłem kupić sobie normalnego laptopa, co trzeba było uczynić.

Sprzęcik ma swoje dobre strony – fajna matryca z zupełnie nienetbookową rozdzielczością 1280×800, na której pracuje się wygodnie i bez potrzeby ciągłego przewijania zawartości okna, bo za małe jest. W sumie dla tej matrycy Della wziąłem. Poza tym nawet jeśli jest jakoś aktywnie chłodzony, to bieda podzespołów pozwala mu się nie grzać i komputer jest praktycznie niesłyszalny. Klawiatura owszem jest plastikowa ale pisze się na niej całkiem znośnie a so called „gładzik” w użyciu nie sprawia żadnych problemów.

Mimo swoich plusów minusy jednak przeważają i netbooka stawiam tylko lekko wyżej nad składakiem w swoim spisie elektroniki.


Atari 65XE

Atari 65XE

Atari 65XE

Od tego sprzęciku poczynając mogę w sumie o każdym następnym pisać już tylko „osom, osom, osom!”. Sześćdziesiątkępiątkę dostałem od swoich rodziców (OK, na spółę z bratem, niech mu będzie :)) w czasach, w których samo wymówienie słowa „komputer” oznaczało rzucenie jakiegoś zaklęcia. Maszynka posłużyła zasianiu bakcyla, który trzyma mnie przy elektronice do dziś. Na toto programowałem, robiłem na tym grafikę, rzeźbiło się na tym muzę i – co najważniejsze – jeździło się za softem na to do Wrocławia (najbliższa giełda, w mojej rodzinnej Jeleniej Górze mało co było). Poznałem przez ten kawałek plastiku i krzemu mnóstwo ludzi, wkręciłem się w mnóstwo zajęć, przegryzałem się przez różnego rodzaju dokumentację a po uzupełnieniu zestawu o stację dysków, zacząłem jarzyć czym może być system operacyjny.

Przepiękny, niezniszczalny kawałek elektroniki, który zapisał się w mojej pamięci samymi superlatywami. Nawet cholerny magnetofon wspominam z rozrzewnieniem i pewną dozą tęsknoty.


Atari Jaguar

Atari Jaguar

Atari Jaguar

Nieco wyżej w moim rankingu stoi konsolka od Atari. Dostałem ją od brata ciotecznego (hi, Cris!) choć lepiej chyba byłoby powiedzieć, że ją mu podprowadziłem grożąc ogniem i czym tam jeszcze. Urzekła mnie od pierwszego na nią spojrzenia w zamierzchłych czasach świetności sklepu na Towarowej 25 (o ile mnie pamięć nie myli) we Wrocławiu, gdzie zobaczyłem ją po raz pierwszy. To zdaje się tam miała siedzibę firma Atar System, która wydawała STE Fana… Anyway, zobaczyłem tam obiekt moich późniejszych westchnień czyli Jaguara podpiętego do sporego TV i z załączonym Tempestem 2000 i od tego momentu rzecz mnie prześladowała. Lata całe później w ręce moje konsola wpadła z – a jakże by inaczej – Tempestem 2000 na pokładzie i po prostu odjechałem. Solidne, kartridżowe cudo, które w działaniu możecie zobaczyć w jednym z moich podcastów.

Fajna konstrukcja, ciekawe wzornictwo i wielka, niewykorzystana szansa firmy Atari. Szkoda ale ten kawałek elektroniki zajął sporo miejsca w moim sercu i musiałem o niem po prostu napisać.


Optimus P75
Kiedyś była taka sobie polska firma, która prężnie komputery składała i generalnie nieco cywilizacji na tym naszym komputerowym poletku zasiała. Decyzją władz została uwalona, ludzie poszli na bruk, Kluska porobił za bohatera a władzom nic się nie stało, bo przecież to Polska i tu można wyczyniać dowolne cuda. Anyway, składali chłopcy komputery a jednym z ich dokonań była ta właśnie maszyna.

Maszyna była wielka (w dosłownym znaczeniu tego słowa) i była dla mnie objawieniem. Czemu? A temu, że dzięki niej oderwałem się od atarowskiego TOSa i przelazłem na ciemną stronę mocy, czyli DOSa a z czasem – Windowsa. Tu wszystko było nowe, nieznane, inne i bardzo ale to bardzo pociągające. Szybkość tej machiny powalała niedawnego użytkownika Atari ST a ogólne doznania płynące z używania tego sprzętu mogę streścić jednym: rewelka. Rzecz nauczyła mnie overclokingu (jedną zworą robiło się z tego komputera sprzęt P120 co było naprawdę czuć) i nauczyła grzebania w bebechach peceta. Konstrukcja była na tyle jednak solidna, że grzebać (poza typowymi apgrejdami wszystkiego :)) nie za bardzo było po co i tak też ten komputer zapamiętałem – bezproblemowy monster dający mnóstwo frajdy. Wysokie jego miejsce w zestawieniu jest chyba w takim wypadku zrozumiałe…


Atari ST

Atari ST

Atari ST

Commodorowcy mieli swoje Amigi a ataraciarze swoje ST. Czas pokazał, że Amiga była lepsza ale to od ST zaczął się szesnastobitowy szał w naszym kraju. Moi nieocenieni rodzice sprezentowali taki sprzęt i mnie a ja byłem i jestem nim zachwycony do dziś. OK, może nie grał tak jak Amiga, może nie potrafił tyle co Amiga ale było to (i nadal jest) urządzenie zdecydowanie eleganckie, z klarownym i przejrzystym systemem operacyjnym (pstrokatość oesu Amigi do dziś mnie odstręcza) oraz z bogatą i ciekawą dla mnie biblioteką oprogramowania. Przykład wzorniczej konsekwencji i staranności wykonania.

Sprzęt był niezniszczalny i odporny na wszelkie złośliwości losu. Co prawda udało mi się mój egzemplarz własnoręcznie spalić ale oddajmy sprawiedliwość mojemu Atari – rozkręcenie drania, skręcenie i odpalenie z kilkoma częściami i śrubami w dłoni, których nie pamiętało się, gdzie trzeba wsadzić przy skręcaniu – to nie było najlepszym pomysłem. W efekcie po wydaniu kupy kasy stałem się posiadaczem sprzęciora o rozszerzonej pamięci i z najnowszym wtedy systemem operacyjnym (tzw. Rainbow TOSem). Oryginalny TOS miałem po… szwedzku więc przesiadka na angielskie środowisko pracy okazała się być po prostu pięknym doznaniem. Eeech, te pionierskie czasy :)

Cudowny sprzęt, fantastyczna jakość wykonania, ogromna ilość miłych wspomnień (w poszukiwaniu Frontiera na ST wylądowałem w najdziwniejszej knajpce komputerowej świata w samym centrum Aten – doceńcie oddanie grze :)) – to wszystko winduje Atari ST wysoko na mojej liście.


Klawiatura aluminiowa Apple

Apple klawiatura

Apple klawiatura

Urzekła mnie od pierwszego spojrzenia i uwiodła od pierwszego dotknięcia. Wytrzymała, solidna, zwarta konstrukcja z klawiszami, których aż miło dotykać. Idealny skok klawiorów, walory użytkowe mocno ponad przeciętną (mówi Wam to koleś, który zajechał niezliczoną ilość klawiatur w życiu), ogólne wrażenia z używania po prostu doskonałe. No i to wzornictwo…

Niby to tylko klawiatura ale to najlepsze klawisze, jakie w życiu miałem. Wiem, że to kwestia przyzwyczajenia w dużej mierze ale w pracy co i rusz muszę popisać na przeróżnych modelach klawiatur i pełną wygodę oferuje mi właśnie klawiatura od jabłka. Świetna sprawa, która za umilenie codziennej pracy wspięła się bardzo wysoko w moim rankingu.


PlayStation 3

Sony PlayStation 3

Sony PlayStation 3

Im staję się starszy, tym bardziej chce mi się grać. Uwielbiam to robić, uwielbiam trzymać pada, kocham rozwałkę na ekranie telewizora, w napięciu śledzę losy konsolowych bohaterów co ambitniejszych gier. To już element mojego życia a dziś PlayStation 3 dostarcza mi dla tego fragmentu mojego żywota pożywki.

Konsola stoi wysoko na mojej liście ale są ku temu powody. Przede wszystkim to solidny, jak na razie bezawaryjny (choć Brzozie na ten przykład czytnik już raz padł), w miarę cichy kawałek elektroniki, który poza graniem robi za grajka wszelkich filmów na płytkach. A robi to – dzięki upscalingowi przy DVD – rewelacyjnie. Takoż po zobaczeniu filmów na Blu-ray nie ma człowiek ochoty wracać do braku szczegółów filmów z DVD. Mojego chlebaczka nie da się nie lubić i mimo dziwnego wzornictwa i sporych rozmiarów, całkiem niebrzydki z niego mebel. PS3 wyzwala we mnie jakieś takie ojcowskie odczucia i czasem aż łapię się na chęci pogłaskania tego kawałka krzemu (jakkolwiek dziwnie by to nie brzmiało). Za mnóstwo pozytywnych wzbudzanych we mnie uczuć konsola ląduje naprawdę wysoko.


Apple Mac mini

Apple Mac mini

Apple Mac mini

W sprzęcie zakochałem się od pierwszego wejrzenia. Mały, zgrabny, wręcz minimalistyczny… Stał się obiektem moich westchnień i elektronicznych mokrych snów. Sytuacja stałą się na tyle poważna, że dla tego cacka rzuciłem palenie i w ramach samowręczenia łapówki, zrobiłem to właśnie za miniacza. Jakżesz warto było!

Sprzęt kupiłem lata temu ale do dziś to fantastyczny kawałek elektroniki. Nie jest i nigdy nie miał być w moim domu demonem wydajności służącym do grania – od tego mamy konsole. Miał za to być cichy (po latach spędzonych obok wyjącego składaka cisza miniacza była niczym bezgłośna wersja zesłania dziesięciu przykazań :)), miał być uczynny, miał być podstawą domowego komputerowego życia no i miał być słodki. I ze wszystkich tych zadań wywiązuje się z powodzeniem do dziś.

Dziś to solidny serwer mediów, który po podpięciu do telewizora dodatkowo robi za pleyera wszystkiego, co tylko da się odtwarzać. Z czasem zdechł w miniaczu napęd, który początkowo chciałem naprawić ale jakoś okazuje się, że zdechł w dziwny sposób – muzę i DVD czyta, natomiast za diabła nie chce czytać płytek z danymi i takowych wypalać. Miałem drania wymienić ale ten brak w sumie nie przeszkadza tak bardzo – większość moich mediów płytek nie ogląda nawet na odległość a te, które są na płytach o dziwo są czytane.

Mini jest słodkie, jest cudne, jest esencją tego, co nazwałbym applowatością komputerów. Wbrew pozorom to całkiem wydajna maszynka, która jest dowodem na to, jak optymalizowanie systemu pod konkretną konfigurację potrafi być ważne. Mijają lata a z kolejnymi wersjami Mac OS X moje mini staje się coraz szybsze i coraz wydajniejsze. Optymalizacja to jednak potęga…

Mini stało się prawie że członkiem naszej rodziny i za to ląduje bardzo, bardzo wysoko na mojej liście.


AirPort Express

Apple AirPort Express

Apple AirPort Express

Zdziwieni? A dlaczego? AirPort Express to idealny przykład urządzenia, które robi to, co ma robić i które robi to dobrze. W momencie kupna służyło mi za router ale na bycie pełnoprawnym routerem sygnał toto ma nieco zbyt słaby. Teraz rozszerza mi sygnał sieci oraz streamuje muzę do kuchennej miniwieży, co w połączeniu z obsługą via iPod touch czy iPhone czyni z tego urządzonka całkiem sprawny pseudoserwer muzyki.

Od momentu kupna i wciśnięcia do kontaktu nie mam z tym urządzeniem absolutnie żadnego problemu. Nic, zero, null… Nawet nie pamiętam, że toto funkcjonuje. Tak właśnie bezproblemowe jest to w użytkowaniu i obsłudze. To autentycznie jedno z najlepiej zaprojektowanych i funkcjonujących urządzeń na rynku – małe, poręczne, mobilne, ze sporymi możliwościami. Prawie że mój ideał jabłkowego urządzenia. Tu robisz „fire and forget” a urządzenie sobie działa non stop od dwóch lat nawet nie jęknąwszy. O to właśnie chodzi…


PlayStation 2

Sony PlayStation 2

Sony PlayStation 2

Na stronie PS2 napisali: „The world’s most popular console”. Zapewne jest to prawda patrząc na ilość sprzedanych egzemplarzy ale nie tylko o ilość tu chodzi. Tu chyba chodzi przede wszystkim o jakość. A PS2 to moim skromnym zdaniem konsola idealna, szczególnie w swej slimowej odmianie. Ta „tabliczka czekolady” jak zwano slima, jest po prostu bardzo zgrabnym urządzeniem – niewielkim, cichym (choć w mojej przydałoby się przedmuchać wiatrak bo coś zaczyna głośno biegać), oferującym w czasach swojej świetności naprawdę sporo. To jednak, co wyróżnia tę konsolę to nieprawdopodobnie bogata biblioteka gier. Tytułów na PS2 wyszło mnóstwo, w czym oczywiście jest sporo crapu ale też wiele dzieł wręcz genialnych. Całe spektrum elektronicznej rozrywki wiąże się z tą konsolą, w tym wiele zupełnie nowatorskich pomysłów.

Mam ogromny sentyment do tego sprzętu i budzi on we mnie bardzo ciepłe emocje. To przykład tego, jak można zaprojektować urządzenie z pozoru skromne ale jednak funkcjonalne nad wyraz i dające całe morze frajdy. Stąd i prawie że top mojej listy tej konsoli się należy.


Apple iPhone 3G

Apple iPhone 3G

Apple iPhone 3G

Starsza wersja aktualnego modelu, którą dzięki brackiemu mojemu posiadam, jest urządzeniem budzącym ogromne kontrowersje. Swego czasu mój brat zjechał tę słuchawkę równo a i ja nie byłem i nie jestem wciąż jakoś nią zachwycony. Apple zamknęło telefon jak tylko mogło i jak tylko się dało a to się nie może podobać. Pracować (w sensie biznesowym) z tym nie idzie, telefon ma sporo wad i w ogóle pod względem ficzerów odstaje bardzo od współczesnych smartfonów.

ALE

Gdy już się drania do ręki weźmie… Ten telefon cierpi na jedną, za to podstawową przypadłość: można na niego kląć, można fukać ale nie idzie drania z ręki wypuścić. Potężna baza oprogramowania (w tym coraz lepsze gry), duża funkcjonalność, wyśmienicie zrealizowany multitouch, brak lagów w kontakcie z interfejsem… Jeśli nie potrzebujesz jakichś biznesowych funkcji (okazuje się na forach, że w cholerę nastolatków to biznesmeni, którzy bez Excela w komórce po prostu ani rusz :)) i nie jesteś geekiem, to masz prawie idealnego kandydata na przyjemny w obsłudze, prosty ale funkcjonalny jak diabli telefon. Coś, z czego od kopa korzystać może moja córka, o żonie już nie wspominając. Po prostu jak znalazł sprzęt dla zwykłych ludzi.

iPhone 3G za tę całą gamę uczuć, które we mnie wzbudza i za to, że towarzyszy mi w sumie ciągle i wszędzie a jazdy do/z pracy bez tego gadżetu już sobie nie wyobrażam – za to wszystko ląduje prawie na szczycie mojej listy. To po prostu kawał solidnej i użytecznej elektroniki jest.


PlayStation

Sony PlayStation

Sony PlayStation

Pierwsza moja konsola i w dodatku kupiona za swoje ciężko zarobione pieniądze :). PSX było dla mnie swego czasu objawieniem, obiektem marzeń, modłów i chęci popełnienia przestępstwa, byle to coś w ręce swoje dostać. Na szczęście obyło się bez przestępstwa i w łapy moje wpadło coś, co uważam za jedną z najlepszych konstrukcji elektronicznych w historii.

Dziś PSX wygląda nieco kanciasto i w ogóle widać, że to rzecz z zeszłej epoki. Wypuszczony nieco później model PS One lekko sytuację wzorniczą ratował ale sentyment i poważanie mam dla tego nieporadnego wzornictwa. Ten model zafundował mnie i całej furze moich znajomych kupę radochy z grania i zredefiniował moje podejście do grania. Mnóstwo tytułów nastawionych głównie na arcadowy fun było bardzo przyjemną odmianą od pecetowego naparzania w strategie różnego rodzaju. PSX pokazał mi, gdzie leży zasadnicza różnica między graniem na konsoli a na PC – to kwestia wygody. Tylko i aż. Na samą myśl, że miałbym siąść przy biurku wgapiony w monitor aż mnie trzęsie. Jasne, dziś można pograć na laptopach ale jakoś nie rajcuje mnie granie na zbyt małym ekranie z kaloryferem na kolanach. Dziś dla mnie granie to tylko konsole i to właśnie PSX mnie przekabaciło.

Cudny kawałek elektroniki, który po iluśtam latach ostatnio odpaliłem. I co? I nic – wszystko działa jak bym zapakował drania do pudełka wczoraj. Kiedyś dbano o jakość podzespołów a nie robiono je jak dziś – wyliczając ich trwałość na jakieś dwa lata użytkowania. W końcu tę produkcję trzeba gdzieś sprzedać… Swego czasu tak nie było, elektronikę tworzyło się dbając o jakość i to po moim PSX także dziś widać. Pady – niezniszczalne. Body – oklejone czym się tylko dało, ze śladami upadków i czego tam jeszcze ale nijak to nie ma przełożenia na funkcjonowanie. Trwałe cholerstwo, które dało mi niesamowicie wiele dobrych fluidów.


Apple iPod touch 1G

Apple iPod touch

Apple iPod touch

No i czas na sam top mojej listy. Zaskoczeni? A dlaczego? Byłem jednym z tych early adopters, którzy rzucili się na nowinkę od jabłka prawie że w dniu jej premiery (no dobra, poczekałem z zakupem do podchoinkowego szaleństwa :)). Działo się to lata temu, kiedy o ajfonie tylko plotkowano a firmware iPoda touch pozwalał na przejrzenie netu za pomocą Safari, odebranie maili za pomocą Maila i na granie mediów – wszak była to wtedy nieco bardziej spasiona empeczwórka.

Minęły lata i dziś mam mały komputerek z gazylionem programików, gierek i czego tam jeszcze. Coś, co kupowałem jako iPoda, zmieniło się z czasem w wielofunkcyjne urządzenie, w którym granie muzy i wyświetlanie filmów to tylko jedna z bezliku potencjalnych funkcji. Jasne, chodzi o AppStore ale i generalnie rozwój oprogramowania jabłkowego dla touchów.

Dlaczego jednak to iPod touch okupuje pierwsze miejsce mojej listy zamiast iPhone, który przecież pozwala na więcej? A z dwóch powodów: iPod to dla mnie iPod – coś co ma grać i służyć rozrywce. I tylko temu. Reszta to bonus, z którego bardzo się cieszę ale który to bonus pod niebiosa wręcz wybija użyteczność tego gadżetu. Po drugie: jakość wykonania tego cacka po prostu mnie rozwala. iPod touch pierwszej generacji to przesolidna konstrukcja, która doświadczyła już niejednego upadku, wypadku, lotu i pieprznięcia o bruk twardy bo kamienny. Poza rysującym się tyłem iPodowi niewiele się stało a ekran po ponad chyba dwóch latach używania nawet ryski nie ma. A doświadczałem iPoda i ja, i da Majek, który teraz co dzień na nim łupie twardo (oraz nim łupie twardo :)). Po prostu pancerne, zwarte, świetnie zaprojektowane urządzenie.

Ten gadżet dużo zmienił w moim życiu. Nieco inaczej zacząłem spoglądać na elektronikę użytkową i na swoje potrzeby, które taka elektronika ma zaspokajać. Na co dzień nie potrzebuję wyrafinowanych urządzeń, które mają wszystko i oferują wszystko. Potrzebuję natomiast urządzeń, które oferują mi rzeczy w codziennym użytkowaniu potrzebne i robią to w sposób natychmiastowy, nie wymagający czekania i będący „pod ręką”.

iPod touch zgromadził bardzo wiele moich ciepłych uczuć i chyba właśnie to wyniosło go na szczyt mojej listy. A z ciekawostek – swego czasu kręciliśmy z da Majkiem podcast o iPodziku. Przezabawnie to z perspektywy czasu wygląda :)

I to by było na tyle. Jeśli ktoś zechce się podzielić swoimi typami na tę jego najlepszą/najgorszą elektronikę ever – będę wdzięczny. Zawsze to miło poznać kogoś bliże. Wszak „pokaż mi na czym stukasz swoje maile a powiem ci kim jesteś” :).

Gracz przed czterdziestką?

OK, do czterdziestki jeszcze nieco mnie brakuje (acz nie tak znów wiele) niemniej od jakiegoś już czasu nurtuje mnie jedno pytanie: kiedy znudzi mi się granie?

Moja matka w kółko powtarza mi, że czas w końcu wydorośleć, zająć się rodziną, domem, dziećmi i całym tym bagażem naplecowym i do ziemi przygniatającym, zwanym w skrócie życiem. Moja matka przekonana jest, że gry jak i samo granie to zajęcie dla dzieciaków, ewentualnie dla dorosłych, którzy jeszcze mentalnie z wieku dziecięcego nie wyszli. Moja matka ma wiele racji ale równie wiele, jak jej ma – jej nie ma. Dlaczego? Postaram się odpowiedzieć…

Najkrócej rzecz ujmując dlatego, że nie tylko pokolenie wczesnych graczy dorosło. Wraz z nami dorosły też gry oraz cała technologia, bez której ich istnienie nie byłoby możliwe. Ale nie o technologii mama zamiar klepać lecz o grach bo to o nie szczególnie tutaj chodzi i to one są najważniejsze. Wraz z dojrzałością odbiorcy rosną też i wymagania gier odnośnie owego. Owszem, światem rządzą gry casualowe (fenomen Wii jawnym tego dowodem) ale hardcore, ta surówka i esencja grania, w ciągu kilku ostatnich lat dokonało ogromnego skoku jakościowego nie tylko w warstwie technologicznej ale także scenariuszowej. Gry zaczynają powoli dotykać tematów, których wcześniej nie dotykały w ogóle lub robiły to w sposób o wiele mniej zaangażowany. Co roku ukazują się tytuły, które coraz bardziej zbliżają świat gier (wciąż kojarzony przez moją matkę z głupawą rozrywką polegającą na eksterminacji wszystkiego) do świata… No właśnie, do czego gry się powoli zbliżają?

Do filmów? Owszem, warstwa prezentacji i narracji jak najbardziej zmierza w tym kierunku ale to tylko część układanki. Gry kocham między innymi za to, że pozwalają na interakcję, że z definicji nie są biernym medium, takim jak film. Na każdej platformie (sorry, będę pisał o PS3 bo na tej konsoli aktualnie gram ale chodzi o wszelkie platformy, z handheldami włącznie) ukazują się tytuły pokroju Uncharted 2 czy Heavy Rain. Są to tytuły jak najbardziej „filmowe”, zbliżone do tego medium najbliżej, jak tylko się da ale przecież jakże od niego odmienne. Oddanie władzy nad losem bohatera w ręce gracza kompletnie zmienia optykę, którą posługujemy się do obserwowania tego, co wyczynia się na ekranie/monitorze. To przede wszystkim sprawa zaangażowania się w świat gry, w rozwiązywanie problemów stawianych przed graczem, w (w dobrych, dojrzałych grach) konsekwencje takich a nie innych wyborów… Droga mamo, czy to według Ciebie wciąż głupie eliminowanie wszystkiego, co się rusza?

Owszem, gry to wciąż medium bardzo ograniczone, oferujące głównie uproszczenia, nie pozwalające zazwyczaj na odpowiednio głęboką identyfikację z wydarzeniami dziejącymi się na ekranie/monitorze. Ale to medium wciąż gwałtownie się rozwija i z każdym kolejnym tytułem przekonuję się, że jest to może rozwój powolny ale zmierzający w dobrym kierunku.

Gry stają się coraz ciekawsze, coraz pełniejsze treści. Niedawno skończyłem dwa naprawdę niezłe tytuły: Assassins Creed 2, który być może nie aspirował do bycia czymś wielce głębokim ale zauroczył mnie swoją wizją renesansowych Włoch oraz inFamous, który będąc niezłą strzelaniną przy okazji starał się przemycić w fabule nieco więcej, niż tylko określenie celu następnej egzekucji. Obydwa tytuły nie są może jakimiś majstersztykami, to porządna, rzemieślnicza robota, która zasługuje na pochwałę. Ale w konfrontacji z tytułami, w które grałem jeszcze kilka lat temu…

Już widzę oburzonych wyznawców gier retro pieklących się o to, że teraz już nic nowego, nic fajnego i nic nowatorskiego nie powstaje (hi Opi! :)). Też lubię retro ale nie mam zamiaru zamykać oczu na ciągłą ewolucję gier. Nie jestem też na tyle infantylny, by oczekiwać co i rusz przełomów i ciągle nowatorskich rozwiązań. Jako się rzekło – gry rozwijają się w sposób ewolucyjny a ewolucja z definicji nie jest procesem rewolucyjnym. Oczekiwanie, że każdy tytuł będzie przełomowy jest po prostu bzdurne. W początkach tej gałęzi rozrywki faktycznie mieliśmy sporo rewolucji ale tylko i wyłącznie dlatego, że wtedy wszystko było nowe i „rewolucyjne”. To tym tytułom i ich ewolucji zawdzięczamy dzisiejszy kształt konsolowej i komputerowej rozrywki i za to jestem im wdzięczność ale River Raid już naprawdę nie rajcuje jak kiedyś.

Ale wróćmy do tematu wpisu. Czy dojrzały człowiek w kwiecie wieku może i w ogóle powinien rajcować się grami? Odpowiedź nasuwa się sama: wszystko zależy od gier. Kocham wrócić po pracy do domu, odpalić jakąś bezmózgą siekaninę i spędzić tę godzinkę gimnastykując palce. Czym to się różni od powrotu do domu i odpalenia bezmózgiej kolejnej inkarnacji komisji śledczej? Może tym, że jest po prostu ciekawsze… Ale powstają dziś także tytuły, które wymagają daleko głębszego zaangażowania niż końcówki kciuków. Powstają tytuły zaczynające oferować emocje a to już jest moim skromnym zdaniem nieco wyższa forma rozrywki. Czasem wręcz trudno mówić o rozrywce w przypadku tytułów takich jak Metal Gear Solid… Jasne, mamy tam elementy czysto growe, wymagające głównie sprawności palców ale pomiędzy nimi opowiadana jest historia, którą ciężko zbyć jednym zdaniem. Budowane są postacie, ich wzajemne zależności, skomplikowane interakcje… Sprawy nam się w grach coraz bardziej komplikują, co witam z szeroko otwartymi ramionami.

Ludzie tworzący scenariusze gier to kolesie w moim wieku lub starsi. Swoje już widzieli, swoje już zagrali, swoje obejrzeli i swoje przeczytali. Posmakowali już życia, dotknęli go, zdążyli się już niejeden raz sparzyć… Mają ten komfort, że tworzą dla kolesi, którzy dorastali wraz z nimi, którzy będą w stanie docenić element tego czegoś więcej, niż przywoływanej już rzeźni wszystkiego, co się rusza. Odbiorca gier dorósł: jest statystycznym trzydziestoparolatkiem z firmowym laptopem w firmowej teczce z firmowym logo na klacie. Jeśli tylko zachował choć odrobinę rozsądku, będzie marzył o wyrwaniu się z tego firmowego kieratu i będzie to robił na różne sposoby. Od rzezania wszystkiego, co się rusza, przez casualowe machanie wiilotem po hardcorowe zgłębianie psychiki mordercy w chorych, depresyjnych grach. A gdy spotka się ze znajomymi i napije się czegoś dobrego, większość zacznie drzeć się do mikrofonu w jakimś Singstarze lub (o ile będzie to większość męska) będzie okładała się po ryjach wkręcając kombosy w Street Fighter. Takim właśnie jesteśmy pokoleniem – bogatszym o kilka innych sposobów spędzania wolnego czasu. Kochamy książki, kochamy dobre kino (niektórzy kochają też złe, prawda Ender? :)) i kochamy skopać kumplowi jego elektroniczny odbyt. Z mojej perspektywy nie jest to absolutnie niczym dziwnym droga moja mamo… To po prostu nieco więcej tego samego, co Ty robiłaś będąc w moim wieku.

Ostatni odcinek CO-OPa to praktycznie pół godziny nawijania o jednej grze. Siedzi trzech kolesi i gada o Mass Effect 2. I – jak się okazuje – jest o czym mówić! Najwidoczniej gra oferuje nieco więcej, niż tylko strzelanie do wszystkiego, co się rusza. Powiem więcej: są ludzie (na ten przykład ja), którzy te pogadanki słuchają i oglądają. Dlaczego? Dlaczego tak się dzieje, że jestem w stanie przeznaczyć zdrowo ponad pół godziny mojego zajętego życia na gadanie o grach? Chyba dlatego, że gry stały się stałym elementem mojego życia. Stały się moim hobby, zajęciem, któremu oddaję się z nieustająco płynącą z tego przyjemnością. Mogłem zbierać puszki, łapać motyle lub zbierać znaczki. Polubiłem jednak co innego a dla filatelisty przyjemność ze zdobycia jakiegoś znaczka jest pewnie podobna do mojej, kiedy przejdę dobrą grę. Po prostu nie widzę większej różnicy w naszych maniach – on i ja jesteśmy podobni i oddajemy się temu, co nas cieszy. Z tą różnicą, że on by nie oszaleć od firmowego logo obecnego wszędzie wyciąga klaser, ja natomiast wyciągam pada.

Czy więc czterdziestoletni gracz to jakaś aberracja? Z całą stanowczością: nie. Powiem więcej – to niejednokrotnie o wiele lepszy odbiorca od pryszczatego dzieciaka. Nie mam nic przeciwko pryszczatym dzieciakom, po prostu wraz ze mną wyrosło pokolenie, dla którego warto tworzyć Gry. Te pisane z wielkiej litery. My to docenimy.

Monitor dla papy CoSTy

Droga rodzinko (a może i jakiś sponsor się znajdzie, kto wie :)). No niestety, brak monitora do komputera boli strasznie. Nie ma na czym zdjątek i filmików obrabiać (no i Gutka wcale nie widać na stronie), nie ma jak żyć po prostu. Gromadzę powoli (a właściwie to wcale bo zawsze są jakieś inne wydatki) zasoby na nowy monitorek ale jeśli macie jakieś zbędne eurasy w portfelach drogie moje ciotki, to ja je bez skrupułów przyjmę. Znacie mnie :)

Kliknięcie na powyższy obrazek przeniesie do płatności PayPal, gdzie (jeśli jeszcze nie macie) można sobie konto założyć i wygodnie kasę przelewać.

Żebrzę? Jasne! Wstydzę się? Ani trochę :)

Logowanie

Ostatnie komentarze

Lifestream