CoSTa's Family Page

Icon

Nas dwóch, one dwie plus cała reszta gangu zwanego Rodziną. Nasze przypadki, wypadki i odpadki. Nasze historie małe i wielkie. Nasze życie sote. Batteries not included.

Żegnaj Tomato, wracaj oryginalny sofcie

Od zdrowo ponad roku mój router LinkSys WRT54GL śmiga grzecznie i dzieli mi necik. Do tej pory nie miałem większych uwag do jego działania a alternatywny firmware, który swego czasu zainstalowałem (LinkSys WRT54GL i Tomato Firmware) oferował kupę fajnych opcji i jeszcze więcej zabawy przy opcji tych przełączaniu, włączaniu i generalnie kombinowaniu, o co tu kierwa kaman :). Niestety od jakiegoś czasu coś zaczęło z moją siecią szwankować. Zrobiło się powoli, niefajnie, strony nie śmigały jak trzeba a ja nie czułem, że płacę za 6 megabitów do siebie i marne 512 kilobitów od siebie. Korzystając z okazji, że padałem wczoraj na pysk i miałem serdecznie dosyć wszystkiego po długim i ciężkim dniu w robocie, wziąłem się oczywiście za rozbrajanie problemu. Ot tak już mam. Rozwiązywanie problemów w takim stanie zazwyczaj kończy się albo totalnym sukcesem, albo rozpieprzeniem szwankującego sprzętu o ścianę. Na szczęście wczora z wieczora odniosłem sukces i sprzęt przetrwał.

LinkSys WRT54GL

LinkSys WRT54GL

Ale łatwo nie było. Najpierw próbowałem zdiagnozować przyczynę problemów i od razu wyskoczyły mi fatalne wartości pingów przy pingowaniu i tracowaniu czegokolwiek. Dwa tysiące milisekund i więcej to rzeźnia dla połączenia i nie dziwota, że rzucało się w oczy widocznie gorsze funkcjonowanie sieci. Już miałem składać reklamację ale postanowiłem nieco pokombinować. Podłączałem net na różne sposoby i do różnych urządzeń (przy okazji zauważając, że opłacam INEI z cztery adresy MAC bo trzeba Wam wiedzieć, że u mojego providera za każdy macadres urządzenia, które może się z netem łączyć trzeba płacić a ja nie będę na rodzinnym blogu używał brzydkich słów by wyrazić swoje zdanie o tym procederze). Marne pingi trwały do czasu podłączenia komputera bezpośrednio do modemu. A więc router był problemem i z nim trzeba było się rozprawić.

Router śmigał mi od jakiegoś czasu na najnowszej wersji fajnego firmware zwanego Tomato. Do tej pory byłem bardzo z tego firmware zadowolony: stabilne toto było, dawało fajne narzędzia, pokazywało wykresiki ale przede wszystkim pozwalało mi brandzlować się ilością zliczonych przesłanych danych. Widok góry gigabajtów przewalonych przez mój sprzęt zawsze miały dla mnie jakieś fetyszystyczne konotacje. Się jednak okazało, że coś z tym softem jest nie teges, skoro zaczęło się pod nim tak źle dziać.

Początkowo chciałem wrócić do poprzedniej wersji Tomato ale tak sobie pomyślałem, że warto zobaczyć co tam chłopaki z LinkSysa/Cisco wypuścili w temacie uaktualnień firmware. Zdziwiłem się bo i owszem firmware całkiem świeże było gotowe do wzięcia. No to wziąłem i dalej flashować routera. Niestety, kupa. Tomato w wersji 1.28 tej wersji oryginalnego firmware nie znał i sypał błędami, że plik jest jakiś do rzyci. Niewiele myśląc (znany z tego jestem :)) wziąłem i wrzuciłem jakąś starą, zachomikowaną głęboko wersję oryginalnego firmware i się okazało, że Tomato tę wersję bardzo lubi. Później już tylko update do najnowszej i viola – bangla.

Problemy jak ręką odjął. Przy intensywnym seedowaniu kilku torrentów, równoczesnym ściąganiu kilku podcastów, poczty i czego tam jeszcze pingi i tak latały w okolicach 60-90 milisekund. Bez żadnych QoS czy innych wynalazków, których nie rozumiem i w Tomato nie wykorzystywałem. Router tak po prostu sam z siebie tym łączem zarządza jak trzeba. Muszę przyznać, że w mój stary kabel wstąpiło nowe życie i necik ślicznie mi śmiga (znów).

Konkluzja: jeśli masz ze swoim LinkSysem kontrolowanym przez Tomato jakiś wydajnościowy problem – wróć na moment do oryginalnego firmware i sprawdź, czy tym sposobem problem nie minie. Jeszcze przez kilka najbliższych dni będę router mocno katował i sprawdzał jak toto śmiga ale jak na razie jest bardzo dobrze. Owszem, tych kilku fajnych narzędzi z Tomato brakuje i wykresikami już się brandzlować nie mogę ale z drugiej strony jestem w stanie to poświęcić jeśli w wyniku niemocy brandzlowania szybciej będą mi się pornole ściągały :)

LinkSys/Cisco – dzięki za pracujący firmware ale bierzcie przykład z Tomato czy z innych alternatyw, jak wasze oprogramowanie powinno wyglądać pod względem funkcjonalnym. Bo w temacie wydajności jak na razie podoba mi się Wasz soft bardzo!

Elektronika – moje the best i the worst

Ostatnio dopadła mnie faza na wspominanie sobie różnych urządzeń elektronicznych (mniej lub bardziej), które w życiu „zaliczyłem” i które jakoś w mojej pamięci pozostały. Z elektroniką jest jak ze wszystkim, co ma się nieco dłużej niż bilet autobusowy – gromadzi wspomnienia, przylegają do niej uczucia, obdarza się czasem te elektroniczne zabawki namiastkami osobowości, czasem wyzywa się je od najgorszych, czasem chce się je poklepać po plecach (gdziekolwiek taki na ten przykład składak owe plecy ma)… Jednym słowem – stają się te gadżety elementem życia. Na dobre i na złe.

Powiem Wam teraz o kilku elektronicznych gadżetach i urządzeniach, które najbardziej wbiły mi się w głowę, z którymi wiąże się najwięcej latającej dookoła karmy, które dały mi najwięcej radości tudzież wpędziły mnie w największą frustrację. Po prostu: będzie to moja lista the best of, którą rozpocznę od urządzenia, które przez ładnych kilka lat wpędzało mnie w stany ekstremalne.

Składak PC
Lata całe miałem cudo, w którym wymieniłem dokładnie wszystko prócz płyty głównej. Miałem sprzęt, który dzielnie służył mi do grania, nauki różnych mało przydatnych pierdół, poznawania Linuksa i generalnie oswajania się z tworem, który zwie się Personal Computer. Moje obcowanie z poczciwym składakiem miało swoje wzloty ale przede wszystkim miało upadki. Ciągle było mu czegoś za mało – a to pamięci, a to mocy procka, a to mocy GPU karty graficznej. Pochłonęło to cudo masę pieniędzy zanim zrozumiałem, że granie na PC nie ma większego sensu właśnie ze względu na kasochłonność. Miałem już wtedy swoje kochane PlayStation i naocznie oraz własnoręcznie przekonałem się, jak wygodnym rozwiązaniem jest konsola podpięta do TV. Składak dokonał swego żywota serwując mi problemy z wydalaniem ciepła z coraz to mocniejszych procków i GPU, co powodowało mus dopychania wiatraków w obudowie wręcz już na siłę. Po zamontowaniu czterech czy pięciu rzekłem sobie przekrzykując ich jazgot, że nie tędy droga a ja jestem na takie babranie się po prostu za stary.

Składak dał mi w kość bardzo i mimo wielu wspólnych wzniosłych chwil, klnę na tego drania do dziś bardzo szpetnie. To było jedno z najgorszych urządzeń, które w życiu miałem. Może stąd taki mam wstręt do jednostek centralnych i całej tej pecetowej reszty. Po prostu już mnie to nie bawi, już nie chcę mieć w domu czegoś, z czym muszę się z czasem coraz bardziej bić.


Dell mini 1210

Dell mini 1210

Dell mini 1210

Kupiłem jakiś czas temu tego netbooka z jednym założeniem: miał mi robić za dump fotek na wakacjach i miał służyć do wstępnej ich obróbki. Zasadniczo z zadania wywiązał się nieźle ale problemy z użytkowaniem zaczynają niestety wychodzić. Główny problem: netbook jest przeraźliwie woooolnyyyyy… Od momentu włączenia komputera do zalogowania się mija sporo czasu ale doliczając czas, który jest potrzebny na odpalenie się tych wszystkich łażących w tle pierdół (wyłączałem już co się dało – niewiele pomaga), mija już chęć do odebrania maili czy pobiegania po stronach. Także proces wybudzania drania z uśpienia potrafi trwać pierońsko długo a mnie na to zaczyna już powoli brakować cierpliwości. Ba, nawet po włączeniu, załadowaniu wszystkiego co trzeba i wreszcie czekaniu na akcję użytkownika, komputer nie przestaje być wolny. Flash potrafi przyblokować matoła solidnie, otwarcie jakiegoś programu biurowego wlecze się niemiłosiernie i albo wymienię w tym kompie dysk na coś bardzo szybkiego, albo po prostu dam bratu by miał coś dla praktykantów. Nie wspominam nawet o baterii, która w standardzie trzyma jakieś dwie i pół godzinki maks. Jasne, mogłem sprezentować sobie lepszą ale za tę kasę mogłem kupić sobie normalnego laptopa, co trzeba było uczynić.

Sprzęcik ma swoje dobre strony – fajna matryca z zupełnie nienetbookową rozdzielczością 1280×800, na której pracuje się wygodnie i bez potrzeby ciągłego przewijania zawartości okna, bo za małe jest. W sumie dla tej matrycy Della wziąłem. Poza tym nawet jeśli jest jakoś aktywnie chłodzony, to bieda podzespołów pozwala mu się nie grzać i komputer jest praktycznie niesłyszalny. Klawiatura owszem jest plastikowa ale pisze się na niej całkiem znośnie a so called „gładzik” w użyciu nie sprawia żadnych problemów.

Mimo swoich plusów minusy jednak przeważają i netbooka stawiam tylko lekko wyżej nad składakiem w swoim spisie elektroniki.


Atari 65XE

Atari 65XE

Atari 65XE

Od tego sprzęciku poczynając mogę w sumie o każdym następnym pisać już tylko „osom, osom, osom!”. Sześćdziesiątkępiątkę dostałem od swoich rodziców (OK, na spółę z bratem, niech mu będzie :)) w czasach, w których samo wymówienie słowa „komputer” oznaczało rzucenie jakiegoś zaklęcia. Maszynka posłużyła zasianiu bakcyla, który trzyma mnie przy elektronice do dziś. Na toto programowałem, robiłem na tym grafikę, rzeźbiło się na tym muzę i – co najważniejsze – jeździło się za softem na to do Wrocławia (najbliższa giełda, w mojej rodzinnej Jeleniej Górze mało co było). Poznałem przez ten kawałek plastiku i krzemu mnóstwo ludzi, wkręciłem się w mnóstwo zajęć, przegryzałem się przez różnego rodzaju dokumentację a po uzupełnieniu zestawu o stację dysków, zacząłem jarzyć czym może być system operacyjny.

Przepiękny, niezniszczalny kawałek elektroniki, który zapisał się w mojej pamięci samymi superlatywami. Nawet cholerny magnetofon wspominam z rozrzewnieniem i pewną dozą tęsknoty.


Atari Jaguar

Atari Jaguar

Atari Jaguar

Nieco wyżej w moim rankingu stoi konsolka od Atari. Dostałem ją od brata ciotecznego (hi, Cris!) choć lepiej chyba byłoby powiedzieć, że ją mu podprowadziłem grożąc ogniem i czym tam jeszcze. Urzekła mnie od pierwszego na nią spojrzenia w zamierzchłych czasach świetności sklepu na Towarowej 25 (o ile mnie pamięć nie myli) we Wrocławiu, gdzie zobaczyłem ją po raz pierwszy. To zdaje się tam miała siedzibę firma Atar System, która wydawała STE Fana… Anyway, zobaczyłem tam obiekt moich późniejszych westchnień czyli Jaguara podpiętego do sporego TV i z załączonym Tempestem 2000 i od tego momentu rzecz mnie prześladowała. Lata całe później w ręce moje konsola wpadła z – a jakże by inaczej – Tempestem 2000 na pokładzie i po prostu odjechałem. Solidne, kartridżowe cudo, które w działaniu możecie zobaczyć w jednym z moich podcastów.

Fajna konstrukcja, ciekawe wzornictwo i wielka, niewykorzystana szansa firmy Atari. Szkoda ale ten kawałek elektroniki zajął sporo miejsca w moim sercu i musiałem o niem po prostu napisać.


Optimus P75
Kiedyś była taka sobie polska firma, która prężnie komputery składała i generalnie nieco cywilizacji na tym naszym komputerowym poletku zasiała. Decyzją władz została uwalona, ludzie poszli na bruk, Kluska porobił za bohatera a władzom nic się nie stało, bo przecież to Polska i tu można wyczyniać dowolne cuda. Anyway, składali chłopcy komputery a jednym z ich dokonań była ta właśnie maszyna.

Maszyna była wielka (w dosłownym znaczeniu tego słowa) i była dla mnie objawieniem. Czemu? A temu, że dzięki niej oderwałem się od atarowskiego TOSa i przelazłem na ciemną stronę mocy, czyli DOSa a z czasem – Windowsa. Tu wszystko było nowe, nieznane, inne i bardzo ale to bardzo pociągające. Szybkość tej machiny powalała niedawnego użytkownika Atari ST a ogólne doznania płynące z używania tego sprzętu mogę streścić jednym: rewelka. Rzecz nauczyła mnie overclokingu (jedną zworą robiło się z tego komputera sprzęt P120 co było naprawdę czuć) i nauczyła grzebania w bebechach peceta. Konstrukcja była na tyle jednak solidna, że grzebać (poza typowymi apgrejdami wszystkiego :)) nie za bardzo było po co i tak też ten komputer zapamiętałem – bezproblemowy monster dający mnóstwo frajdy. Wysokie jego miejsce w zestawieniu jest chyba w takim wypadku zrozumiałe…


Atari ST

Atari ST

Atari ST

Commodorowcy mieli swoje Amigi a ataraciarze swoje ST. Czas pokazał, że Amiga była lepsza ale to od ST zaczął się szesnastobitowy szał w naszym kraju. Moi nieocenieni rodzice sprezentowali taki sprzęt i mnie a ja byłem i jestem nim zachwycony do dziś. OK, może nie grał tak jak Amiga, może nie potrafił tyle co Amiga ale było to (i nadal jest) urządzenie zdecydowanie eleganckie, z klarownym i przejrzystym systemem operacyjnym (pstrokatość oesu Amigi do dziś mnie odstręcza) oraz z bogatą i ciekawą dla mnie biblioteką oprogramowania. Przykład wzorniczej konsekwencji i staranności wykonania.

Sprzęt był niezniszczalny i odporny na wszelkie złośliwości losu. Co prawda udało mi się mój egzemplarz własnoręcznie spalić ale oddajmy sprawiedliwość mojemu Atari – rozkręcenie drania, skręcenie i odpalenie z kilkoma częściami i śrubami w dłoni, których nie pamiętało się, gdzie trzeba wsadzić przy skręcaniu – to nie było najlepszym pomysłem. W efekcie po wydaniu kupy kasy stałem się posiadaczem sprzęciora o rozszerzonej pamięci i z najnowszym wtedy systemem operacyjnym (tzw. Rainbow TOSem). Oryginalny TOS miałem po… szwedzku więc przesiadka na angielskie środowisko pracy okazała się być po prostu pięknym doznaniem. Eeech, te pionierskie czasy :)

Cudowny sprzęt, fantastyczna jakość wykonania, ogromna ilość miłych wspomnień (w poszukiwaniu Frontiera na ST wylądowałem w najdziwniejszej knajpce komputerowej świata w samym centrum Aten – doceńcie oddanie grze :)) – to wszystko winduje Atari ST wysoko na mojej liście.


Klawiatura aluminiowa Apple

Apple klawiatura

Apple klawiatura

Urzekła mnie od pierwszego spojrzenia i uwiodła od pierwszego dotknięcia. Wytrzymała, solidna, zwarta konstrukcja z klawiszami, których aż miło dotykać. Idealny skok klawiorów, walory użytkowe mocno ponad przeciętną (mówi Wam to koleś, który zajechał niezliczoną ilość klawiatur w życiu), ogólne wrażenia z używania po prostu doskonałe. No i to wzornictwo…

Niby to tylko klawiatura ale to najlepsze klawisze, jakie w życiu miałem. Wiem, że to kwestia przyzwyczajenia w dużej mierze ale w pracy co i rusz muszę popisać na przeróżnych modelach klawiatur i pełną wygodę oferuje mi właśnie klawiatura od jabłka. Świetna sprawa, która za umilenie codziennej pracy wspięła się bardzo wysoko w moim rankingu.


PlayStation 3

Sony PlayStation 3

Sony PlayStation 3

Im staję się starszy, tym bardziej chce mi się grać. Uwielbiam to robić, uwielbiam trzymać pada, kocham rozwałkę na ekranie telewizora, w napięciu śledzę losy konsolowych bohaterów co ambitniejszych gier. To już element mojego życia a dziś PlayStation 3 dostarcza mi dla tego fragmentu mojego żywota pożywki.

Konsola stoi wysoko na mojej liście ale są ku temu powody. Przede wszystkim to solidny, jak na razie bezawaryjny (choć Brzozie na ten przykład czytnik już raz padł), w miarę cichy kawałek elektroniki, który poza graniem robi za grajka wszelkich filmów na płytkach. A robi to – dzięki upscalingowi przy DVD – rewelacyjnie. Takoż po zobaczeniu filmów na Blu-ray nie ma człowiek ochoty wracać do braku szczegółów filmów z DVD. Mojego chlebaczka nie da się nie lubić i mimo dziwnego wzornictwa i sporych rozmiarów, całkiem niebrzydki z niego mebel. PS3 wyzwala we mnie jakieś takie ojcowskie odczucia i czasem aż łapię się na chęci pogłaskania tego kawałka krzemu (jakkolwiek dziwnie by to nie brzmiało). Za mnóstwo pozytywnych wzbudzanych we mnie uczuć konsola ląduje naprawdę wysoko.


Apple Mac mini

Apple Mac mini

Apple Mac mini

W sprzęcie zakochałem się od pierwszego wejrzenia. Mały, zgrabny, wręcz minimalistyczny… Stał się obiektem moich westchnień i elektronicznych mokrych snów. Sytuacja stałą się na tyle poważna, że dla tego cacka rzuciłem palenie i w ramach samowręczenia łapówki, zrobiłem to właśnie za miniacza. Jakżesz warto było!

Sprzęt kupiłem lata temu ale do dziś to fantastyczny kawałek elektroniki. Nie jest i nigdy nie miał być w moim domu demonem wydajności służącym do grania – od tego mamy konsole. Miał za to być cichy (po latach spędzonych obok wyjącego składaka cisza miniacza była niczym bezgłośna wersja zesłania dziesięciu przykazań :)), miał być uczynny, miał być podstawą domowego komputerowego życia no i miał być słodki. I ze wszystkich tych zadań wywiązuje się z powodzeniem do dziś.

Dziś to solidny serwer mediów, który po podpięciu do telewizora dodatkowo robi za pleyera wszystkiego, co tylko da się odtwarzać. Z czasem zdechł w miniaczu napęd, który początkowo chciałem naprawić ale jakoś okazuje się, że zdechł w dziwny sposób – muzę i DVD czyta, natomiast za diabła nie chce czytać płytek z danymi i takowych wypalać. Miałem drania wymienić ale ten brak w sumie nie przeszkadza tak bardzo – większość moich mediów płytek nie ogląda nawet na odległość a te, które są na płytach o dziwo są czytane.

Mini jest słodkie, jest cudne, jest esencją tego, co nazwałbym applowatością komputerów. Wbrew pozorom to całkiem wydajna maszynka, która jest dowodem na to, jak optymalizowanie systemu pod konkretną konfigurację potrafi być ważne. Mijają lata a z kolejnymi wersjami Mac OS X moje mini staje się coraz szybsze i coraz wydajniejsze. Optymalizacja to jednak potęga…

Mini stało się prawie że członkiem naszej rodziny i za to ląduje bardzo, bardzo wysoko na mojej liście.


AirPort Express

Apple AirPort Express

Apple AirPort Express

Zdziwieni? A dlaczego? AirPort Express to idealny przykład urządzenia, które robi to, co ma robić i które robi to dobrze. W momencie kupna służyło mi za router ale na bycie pełnoprawnym routerem sygnał toto ma nieco zbyt słaby. Teraz rozszerza mi sygnał sieci oraz streamuje muzę do kuchennej miniwieży, co w połączeniu z obsługą via iPod touch czy iPhone czyni z tego urządzonka całkiem sprawny pseudoserwer muzyki.

Od momentu kupna i wciśnięcia do kontaktu nie mam z tym urządzeniem absolutnie żadnego problemu. Nic, zero, null… Nawet nie pamiętam, że toto funkcjonuje. Tak właśnie bezproblemowe jest to w użytkowaniu i obsłudze. To autentycznie jedno z najlepiej zaprojektowanych i funkcjonujących urządzeń na rynku – małe, poręczne, mobilne, ze sporymi możliwościami. Prawie że mój ideał jabłkowego urządzenia. Tu robisz „fire and forget” a urządzenie sobie działa non stop od dwóch lat nawet nie jęknąwszy. O to właśnie chodzi…


PlayStation 2

Sony PlayStation 2

Sony PlayStation 2

Na stronie PS2 napisali: „The world’s most popular console”. Zapewne jest to prawda patrząc na ilość sprzedanych egzemplarzy ale nie tylko o ilość tu chodzi. Tu chyba chodzi przede wszystkim o jakość. A PS2 to moim skromnym zdaniem konsola idealna, szczególnie w swej slimowej odmianie. Ta „tabliczka czekolady” jak zwano slima, jest po prostu bardzo zgrabnym urządzeniem – niewielkim, cichym (choć w mojej przydałoby się przedmuchać wiatrak bo coś zaczyna głośno biegać), oferującym w czasach swojej świetności naprawdę sporo. To jednak, co wyróżnia tę konsolę to nieprawdopodobnie bogata biblioteka gier. Tytułów na PS2 wyszło mnóstwo, w czym oczywiście jest sporo crapu ale też wiele dzieł wręcz genialnych. Całe spektrum elektronicznej rozrywki wiąże się z tą konsolą, w tym wiele zupełnie nowatorskich pomysłów.

Mam ogromny sentyment do tego sprzętu i budzi on we mnie bardzo ciepłe emocje. To przykład tego, jak można zaprojektować urządzenie z pozoru skromne ale jednak funkcjonalne nad wyraz i dające całe morze frajdy. Stąd i prawie że top mojej listy tej konsoli się należy.


Apple iPhone 3G

Apple iPhone 3G

Apple iPhone 3G

Starsza wersja aktualnego modelu, którą dzięki brackiemu mojemu posiadam, jest urządzeniem budzącym ogromne kontrowersje. Swego czasu mój brat zjechał tę słuchawkę równo a i ja nie byłem i nie jestem wciąż jakoś nią zachwycony. Apple zamknęło telefon jak tylko mogło i jak tylko się dało a to się nie może podobać. Pracować (w sensie biznesowym) z tym nie idzie, telefon ma sporo wad i w ogóle pod względem ficzerów odstaje bardzo od współczesnych smartfonów.

ALE

Gdy już się drania do ręki weźmie… Ten telefon cierpi na jedną, za to podstawową przypadłość: można na niego kląć, można fukać ale nie idzie drania z ręki wypuścić. Potężna baza oprogramowania (w tym coraz lepsze gry), duża funkcjonalność, wyśmienicie zrealizowany multitouch, brak lagów w kontakcie z interfejsem… Jeśli nie potrzebujesz jakichś biznesowych funkcji (okazuje się na forach, że w cholerę nastolatków to biznesmeni, którzy bez Excela w komórce po prostu ani rusz :)) i nie jesteś geekiem, to masz prawie idealnego kandydata na przyjemny w obsłudze, prosty ale funkcjonalny jak diabli telefon. Coś, z czego od kopa korzystać może moja córka, o żonie już nie wspominając. Po prostu jak znalazł sprzęt dla zwykłych ludzi.

iPhone 3G za tę całą gamę uczuć, które we mnie wzbudza i za to, że towarzyszy mi w sumie ciągle i wszędzie a jazdy do/z pracy bez tego gadżetu już sobie nie wyobrażam – za to wszystko ląduje prawie na szczycie mojej listy. To po prostu kawał solidnej i użytecznej elektroniki jest.


PlayStation

Sony PlayStation

Sony PlayStation

Pierwsza moja konsola i w dodatku kupiona za swoje ciężko zarobione pieniądze :). PSX było dla mnie swego czasu objawieniem, obiektem marzeń, modłów i chęci popełnienia przestępstwa, byle to coś w ręce swoje dostać. Na szczęście obyło się bez przestępstwa i w łapy moje wpadło coś, co uważam za jedną z najlepszych konstrukcji elektronicznych w historii.

Dziś PSX wygląda nieco kanciasto i w ogóle widać, że to rzecz z zeszłej epoki. Wypuszczony nieco później model PS One lekko sytuację wzorniczą ratował ale sentyment i poważanie mam dla tego nieporadnego wzornictwa. Ten model zafundował mnie i całej furze moich znajomych kupę radochy z grania i zredefiniował moje podejście do grania. Mnóstwo tytułów nastawionych głównie na arcadowy fun było bardzo przyjemną odmianą od pecetowego naparzania w strategie różnego rodzaju. PSX pokazał mi, gdzie leży zasadnicza różnica między graniem na konsoli a na PC – to kwestia wygody. Tylko i aż. Na samą myśl, że miałbym siąść przy biurku wgapiony w monitor aż mnie trzęsie. Jasne, dziś można pograć na laptopach ale jakoś nie rajcuje mnie granie na zbyt małym ekranie z kaloryferem na kolanach. Dziś dla mnie granie to tylko konsole i to właśnie PSX mnie przekabaciło.

Cudny kawałek elektroniki, który po iluśtam latach ostatnio odpaliłem. I co? I nic – wszystko działa jak bym zapakował drania do pudełka wczoraj. Kiedyś dbano o jakość podzespołów a nie robiono je jak dziś – wyliczając ich trwałość na jakieś dwa lata użytkowania. W końcu tę produkcję trzeba gdzieś sprzedać… Swego czasu tak nie było, elektronikę tworzyło się dbając o jakość i to po moim PSX także dziś widać. Pady – niezniszczalne. Body – oklejone czym się tylko dało, ze śladami upadków i czego tam jeszcze ale nijak to nie ma przełożenia na funkcjonowanie. Trwałe cholerstwo, które dało mi niesamowicie wiele dobrych fluidów.


Apple iPod touch 1G

Apple iPod touch

Apple iPod touch

No i czas na sam top mojej listy. Zaskoczeni? A dlaczego? Byłem jednym z tych early adopters, którzy rzucili się na nowinkę od jabłka prawie że w dniu jej premiery (no dobra, poczekałem z zakupem do podchoinkowego szaleństwa :)). Działo się to lata temu, kiedy o ajfonie tylko plotkowano a firmware iPoda touch pozwalał na przejrzenie netu za pomocą Safari, odebranie maili za pomocą Maila i na granie mediów – wszak była to wtedy nieco bardziej spasiona empeczwórka.

Minęły lata i dziś mam mały komputerek z gazylionem programików, gierek i czego tam jeszcze. Coś, co kupowałem jako iPoda, zmieniło się z czasem w wielofunkcyjne urządzenie, w którym granie muzy i wyświetlanie filmów to tylko jedna z bezliku potencjalnych funkcji. Jasne, chodzi o AppStore ale i generalnie rozwój oprogramowania jabłkowego dla touchów.

Dlaczego jednak to iPod touch okupuje pierwsze miejsce mojej listy zamiast iPhone, który przecież pozwala na więcej? A z dwóch powodów: iPod to dla mnie iPod – coś co ma grać i służyć rozrywce. I tylko temu. Reszta to bonus, z którego bardzo się cieszę ale który to bonus pod niebiosa wręcz wybija użyteczność tego gadżetu. Po drugie: jakość wykonania tego cacka po prostu mnie rozwala. iPod touch pierwszej generacji to przesolidna konstrukcja, która doświadczyła już niejednego upadku, wypadku, lotu i pieprznięcia o bruk twardy bo kamienny. Poza rysującym się tyłem iPodowi niewiele się stało a ekran po ponad chyba dwóch latach używania nawet ryski nie ma. A doświadczałem iPoda i ja, i da Majek, który teraz co dzień na nim łupie twardo (oraz nim łupie twardo :)). Po prostu pancerne, zwarte, świetnie zaprojektowane urządzenie.

Ten gadżet dużo zmienił w moim życiu. Nieco inaczej zacząłem spoglądać na elektronikę użytkową i na swoje potrzeby, które taka elektronika ma zaspokajać. Na co dzień nie potrzebuję wyrafinowanych urządzeń, które mają wszystko i oferują wszystko. Potrzebuję natomiast urządzeń, które oferują mi rzeczy w codziennym użytkowaniu potrzebne i robią to w sposób natychmiastowy, nie wymagający czekania i będący „pod ręką”.

iPod touch zgromadził bardzo wiele moich ciepłych uczuć i chyba właśnie to wyniosło go na szczyt mojej listy. A z ciekawostek – swego czasu kręciliśmy z da Majkiem podcast o iPodziku. Przezabawnie to z perspektywy czasu wygląda :)

I to by było na tyle. Jeśli ktoś zechce się podzielić swoimi typami na tę jego najlepszą/najgorszą elektronikę ever – będę wdzięczny. Zawsze to miło poznać kogoś bliże. Wszak „pokaż mi na czym stukasz swoje maile a powiem ci kim jesteś” :).

Tablet od Apple

Przyznaję się bez bicia – kompletnie nie jestem na bieżąco z sieciowym hype wokół domniemanego tabletu od jabłka. Wiem tylko tyle, że ponoć ma być pokazany już niebawem i że ma mieć bogowie raczy wiedzieć jakie ficzery. Z czego najważniejszym i największym będzie zapewne sporej wielkości logo na obudowie… Tak czy inaczej wiem na pewno, czego ta zabawka mieć nie będzie:

  • synchronizacji z komputerem via Wi-Fi
  • synchronizacji kontaktów, kalendarzy i innych takich bez pośrednictwa konta Mobile Me

Czyli akurat tego, co w tego typu urządzeniu by się przydało najbardziej.

Nie mam pojęcia dlaczego Apple nie potrafi zrozumieć, że mamy już XXI wiek i że takie rzeczy jak synchronizacja danych z komputerem stacjonarnym czy laptopem via Wi-Fi i to bez pośrednictwa chmury czy jakiegoś innego pomysłu z tyłka rodem, to po prostu wymóg czasów. Ja rozumiem, że trzeba zarobić na Mobile Me ale tu powstaje pytanie, czy koniecznie musi to uszczęśliwić użytkowników. Otóż użytkowników to nie uszczęśliwia. Powiem więcej – budzi w nich bestię i chęć kopnięcia Jobsa prosto w lewy pośladek.

Kopa w prawy pośladek Jobs dostanie jeśli to urządzonko będzie zamknięte tak, jak iPhone. O ile w przypadku telefonu można to jeszcze w jakiś bardzo naciągany sposób tłumaczyć (co do mnie i tak kompletnie nie przemawia), o tyle zamknięcie tabletu byłoby po prostu strzałem w stopę. W obydwie stopy. I w rękę. Ta druga tylko dlatego nie byłaby postrzelona, że ciężko strzela się z dłoni już przestrzelonej… Żywię głęboką nadzieję, że projektanci-maniacy zamykający jabłkowe urządzenia jak tylko się da, wreszcie przejrzą na oczy i posłuchają ludzi, którzy im płacą, czyli klientów. Niemożność prostego przesłania pliku do iPhone to jakieś kuriozum. Jeśli tablet zaoferuje takie atrakcje, będzie to już nie tylko kuriozum ale dowód na zimbecylowanie jabłczanej ekipy.

Tablet wyobrażam sobie jako urządzenie iphonopodobne, tyle że z większym ekranem. Ze wszystkimi tego plusami i (bardzo wieloma) minusami. Zakładając, że użytkownik będzie miał jakąś swoją wydzieloną partycję, na której będzie mógł bez problemów pliki zapisywać i edytować, zaczyna się z tabletu robić urządzenie względnie interesujące. Jednak wciąż będziemy uwięzieni we wszechświecie iTunes, bez którego urządzenia zapewne nie da się używać (zarządzanie mediami i oprogramowaniem na sto procent będzie związane z iTunes). Także subskrypcje prasy czy zakupy książkowe będą najprawdopodobniej w całości przez iTunes zarządzane i – zwyczajowo – w naszym kraju te dodatkowe ikonki gazety i książki w iTS zapewne się nawet nie pojawią. Jestem bowiem przekonany o tym, że Jobs ogłosi nawiązanie współpracy z wydawcami prasy i książek i że zaatakuje solidnie rynek, na którym jak na razie króluje Amazon. Gdyby tego nie zrobił, byłbym bardzo zdziwiony – po kiego startować z urządzeniem mającym robić potencjalnie także za ebooka nie zapewniając mu contentu? Retoryczne pytanie…

Bardzo życzyłbym sobie, by wraz z premierą tabletu odbyła się i premiera mobilnych biurowych narzędzi jabłka. iWork już zdecydowanie zbyt długo zmierza w kierunku iPhone a puszczenie na rynek tabletu bez oprogramowania biurowego byłoby co najmniej dziwne. No chyba że japcok już zupełnie skręcił w chmury i w edycję dokumentów trzeba się będzie bawić via iWork.com… Oby nie.

Tablecik będzie grał muzyczkę (mam nadzieję, że zadbali o głośniczki jakieś sensowne), będzie wyświetlał filmiki i – jak znam życie – nie będzie potrafił wyświetlić filmików w HD na telewizorze. Nawet po podpięciu tym ultradrogim kablem, dzięki któremu można obejrzeć na TV wideo ze swojego iPoda czy iPhone. Inna sprawa, czy w ogóle będzie to potrafiło odtwarzać filmy HD ale zakładam, że obciach związany z ewentualnymi w tym temacie brakami byłby zbyt duży i jabcok na granie materiałów HD z iTunes Store zezwoli. O innych formatach oczywiście zapomnijcie ludzie.

To będzie zapewne niebrzydki, zapewne przedrogi, zapewne mocno ograniczony kawałek elektroniki. W życiu bym na to nie zwrócił uwagi gdyby nie to, że widząc swojego ajfona i klnąc na jego ograniczenia muszę przyznać, że to wszystko jednak jakoś działa. I to kurczę całkiem nieźle. No i sama wizja pogrania w NOVA w wysokich rozdziałkach, z solidnym dopaleniem OpenGL i (w co bardzo wątpię ale może kiedyś…) z możliwością rzucenia obrazu w HD na telewizor… Taaak, to mogłoby nie-miłośnikowi Excela całkiem się spodobać.

Jak będzie, tak będzie. Ja stawiam na raczej mroczny obraz zamkniętego na świat urządzenia. Z drugiej strony będzie to najprawdopodobniej coś, co po prostu będzie dobrze działało i sprawiało kupę frajdy. I tym sposobem Jobs znów zamachnie się na miliony kieszeni i skosi kolejną górę kasy. I bardzo dobrze, niechaj zgarnia. Być może pobudzi to innych producentów sprzętu do działania, czego wszystkim miłośnikom gadżetów życzę z całego serca :)

Monitor dla papy CoSTy

Droga rodzinko (a może i jakiś sponsor się znajdzie, kto wie :)). No niestety, brak monitora do komputera boli strasznie. Nie ma na czym zdjątek i filmików obrabiać (no i Gutka wcale nie widać na stronie), nie ma jak żyć po prostu. Gromadzę powoli (a właściwie to wcale bo zawsze są jakieś inne wydatki) zasoby na nowy monitorek ale jeśli macie jakieś zbędne eurasy w portfelach drogie moje ciotki, to ja je bez skrupułów przyjmę. Znacie mnie :)

Kliknięcie na powyższy obrazek przeniesie do płatności PayPal, gdzie (jeśli jeszcze nie macie) można sobie konto założyć i wygodnie kasę przelewać.

Żebrzę? Jasne! Wstydzę się? Ani trochę :)

Logowanie

Ostatnie komentarze

Lifestream