CoSTa's Family Page

Icon

Nas dwóch, one dwie plus cała reszta gangu zwanego Rodziną. Nasze przypadki, wypadki i odpadki. Nasze historie małe i wielkie. Nasze życie sote. Batteries not included.

iPhone gaming – to już!

Jakiś czas temu zastanawiałem się, czy iPhone w ogóle osiągnie status czegoś, co nazwać można handheldem aka przenośną konsolą do gier. Oczywiście można było o nim tak mówić już w dniu premiery AppStore, kiedy to na platformie wylądowały pierwsze gry ale patrząc na ich poziom wykonania, skomplikowanie i w większości graficzną prostotę (oraz w 90% casualowatość) ciężko było brać iPhone poważnie. Owszem pojawiały się w międzyczasie tytuły mniej lub bardziej ambitne ale ciągle tej platformie brakowało czegoś, co jest głównym wyznacznikiem nazwijmy to “konsolowatości” urządzenia: zainteresowania dużych studiów produkcyjnych. Ale to się jak widzę powoli zmienia…

Do rozważań popchnął mnie jeden tytuł, w który ostatnio pogrywam a jest nim oczywiście Grand Theft Auto: Chinatown Wars [AppStore]. Dosłownie dwa dni obcowania z tą grą pozwoliły mi na nieco odmienne spojrzenie na przyszłość iPhone jako platformy do grania. Także kilka newsów z iphonowego growego światka mocno podbudowało moją wiarę w przyszłość grania na iPhone. Dlaczego? A dlatego, że w końcu wielcy producenci gier zaczęli łakomie spoglądać na tę platformę i zaczynają na nią wydawać coraz śmielej gry. GTA to akurat przykład gry najbardziej przeze mnie pożądanej – świetnie wykonanej, dopasowanej do specyfiki sprzętu, zoptymalizowanej jak trzeba, z głębią rozgrywki akuratnią dla nieco bardziej hardcorowego gracza. To tytuł ze wszech miar so called AAA – najwyższej jakości i w tym momencie obok The Settlers to chyba najlepsza gra w AppStore (OK, o gustach się nie dyskutuje ale o obiektywnej jakości wykonania już można).

Grand Theft Auto: Chinatown Wars

Grand Theft Auto: Chinatown Wars

Pojawienie się takich tytułów jak The Settlers czy GTA to bardzo istotny sygnał dla graczy – firmy w produkcję gier inwestują. I to zaczynają inwestować niemało. Te pieniądze zazwyczaj wprost przekładają się na jakość silnika, grafiki, dźwięku i tych wszystkich elementów, dzięki którym można mówić o grze dobrej. Jasne, różne niskobudżetowe produkcje też mogą zawładnąć wyobraźnią (i portfelami) tysięcy graczy ale o jakości platformy raczej nie świadczą a bardziej o niewyczerpanej pomysłowości i innowacyjności ich twórców (za co właśnie te gry kochamy i cenimy). Niestety bez odpowiedniego budżetu ciężko stworzyć tytuł na tyle głęboki i widowiskowy, by nieco dłużej obcował z nim gracz hardcorowy. Jasne, to casuale sprzedają się w ilościach hurtowych ale nie tylko one definiują możliwości i jakość platformy. Tę wyznaczają, czy nam się to podoba, czy też nie – duzi gracze.

Niedawno zelektryzowała mnie wiadomość o wkroczeniu Square Enix do AppStore. Jasne, było tam już obecne od dawna ale w formie średnio interesujących gier przenoszonych z komórek i dostosowywanych (zazwyczaj ze średnim skutkiem) do specyfiki iPhone. Tym razem Square ogłosiło start na iPhone swojej najsłynniejszej serii: Final Fantasy. Początkowo dwa tytuły ale podejrzewam, że jeśli przyjmą się dobrze, trafią do nas kolejne (oby z moim wymarzonym FF VII). Nie wiem, czy jest na świecie gracz, który choćby nie słyszał o tej serii a pojawienie się jej na danym urządzeniu to poniekąd wyznacznik dojrzałości urządzenia i wiary Square w jego komercyjny sukces także jako platformy do grania. Do tej pory Square raczyło nas okruchami ze swojego stołu ale teraz mamy zapowiedziane dania główne. To są świetne wiadomości bo w gierkowym światku może to oznaczać solidny impuls dla innych wielkich graczy do spojrzenia łaskawszym okiem na iPhone, jako platformę do gier. Bardzo wielu ludzi do tej pory nie postrzega tego urządzenia jako czegoś służącego do “poważnego” grania ale dzięki coraz ambitniejszym tytułom to przekonanie po prostu przestanie być prawdziwe.

Problem w tym, że Apple nie ułatwia premiery iPhone jako pełnoprawnego handhelda. Czy się to komuś podoba, czy też nie, sterowanie li tylko za pomocą dotyku i akcelerometru jest czasami po prostu niewygodne, zbyt mało precyzyjne i nie sprawdza się w bardzo wielu gatunkach gier. iPhone to przede wszystkim telefon, na którym pokazują się coraz lepsze tytuły ale który z racji bycia telefonem ma mnóstwo ograniczeń w swobodzie interakcji gracza z urządzeniem i zapanowaniem nad nim. Wprost nie cierpię tego ciągłego mazania paluchem po szybce w N.O.V.A. [AppStore], który dodatkowo zasłania mi połowę obrazu. Granie w Blades of Fury [AppStore] bez fizycznego kontrolera to po prostu męka i nawet jeśli doceniam te gry za ich technologiczne zaawansowanie i ogólną niezłą jakość, tak coraz rzadziej w nie gram właśnie ze względu na problemy ze sterowaniem. Grając lubię być skupiony na rozgrywce a nie na walce ze sterowaniem…

Od wieków już postuluję, proszę i wołam do Apple o opracowanie kontrolera lub stworzenie specyfikacji/standardu takiego urządzenia, by produkować mogli je inni. Na iPhone zaczynają się pokazywać tytuły bardzo wysokiej jakości i pozwalające nazywać tę platformę przenośną konsolą do gier. Ale to doznanie nie jest jeszcze pełne, jeszcze nie do końca możemy się rozkoszować mobilnym graniem. Szkoda bo w tym urządzeniu tkwi spory potencjał, który tylko ze względu na opieszałość lub brak wizji Apple strasznie się marnuje. Ewentualnie podeślijcie Steviemu linka do artykułu to może mu coś w głowie zaskoczy :)

Gracz przed czterdziestką?

OK, do czterdziestki jeszcze nieco mnie brakuje (acz nie tak znów wiele) niemniej od jakiegoś już czasu nurtuje mnie jedno pytanie: kiedy znudzi mi się granie?

Moja matka w kółko powtarza mi, że czas w końcu wydorośleć, zająć się rodziną, domem, dziećmi i całym tym bagażem naplecowym i do ziemi przygniatającym, zwanym w skrócie życiem. Moja matka przekonana jest, że gry jak i samo granie to zajęcie dla dzieciaków, ewentualnie dla dorosłych, którzy jeszcze mentalnie z wieku dziecięcego nie wyszli. Moja matka ma wiele racji ale równie wiele, jak jej ma – jej nie ma. Dlaczego? Postaram się odpowiedzieć…

Najkrócej rzecz ujmując dlatego, że nie tylko pokolenie wczesnych graczy dorosło. Wraz z nami dorosły też gry oraz cała technologia, bez której ich istnienie nie byłoby możliwe. Ale nie o technologii mama zamiar klepać lecz o grach bo to o nie szczególnie tutaj chodzi i to one są najważniejsze. Wraz z dojrzałością odbiorcy rosną też i wymagania gier odnośnie owego. Owszem, światem rządzą gry casualowe (fenomen Wii jawnym tego dowodem) ale hardcore, ta surówka i esencja grania, w ciągu kilku ostatnich lat dokonało ogromnego skoku jakościowego nie tylko w warstwie technologicznej ale także scenariuszowej. Gry zaczynają powoli dotykać tematów, których wcześniej nie dotykały w ogóle lub robiły to w sposób o wiele mniej zaangażowany. Co roku ukazują się tytuły, które coraz bardziej zbliżają świat gier (wciąż kojarzony przez moją matkę z głupawą rozrywką polegającą na eksterminacji wszystkiego) do świata… No właśnie, do czego gry się powoli zbliżają?

Do filmów? Owszem, warstwa prezentacji i narracji jak najbardziej zmierza w tym kierunku ale to tylko część układanki. Gry kocham między innymi za to, że pozwalają na interakcję, że z definicji nie są biernym medium, takim jak film. Na każdej platformie (sorry, będę pisał o PS3 bo na tej konsoli aktualnie gram ale chodzi o wszelkie platformy, z handheldami włącznie) ukazują się tytuły pokroju Uncharted 2 czy Heavy Rain. Są to tytuły jak najbardziej “filmowe”, zbliżone do tego medium najbliżej, jak tylko się da ale przecież jakże od niego odmienne. Oddanie władzy nad losem bohatera w ręce gracza kompletnie zmienia optykę, którą posługujemy się do obserwowania tego, co wyczynia się na ekranie/monitorze. To przede wszystkim sprawa zaangażowania się w świat gry, w rozwiązywanie problemów stawianych przed graczem, w (w dobrych, dojrzałych grach) konsekwencje takich a nie innych wyborów… Droga mamo, czy to według Ciebie wciąż głupie eliminowanie wszystkiego, co się rusza?

Owszem, gry to wciąż medium bardzo ograniczone, oferujące głównie uproszczenia, nie pozwalające zazwyczaj na odpowiednio głęboką identyfikację z wydarzeniami dziejącymi się na ekranie/monitorze. Ale to medium wciąż gwałtownie się rozwija i z każdym kolejnym tytułem przekonuję się, że jest to może rozwój powolny ale zmierzający w dobrym kierunku.

Gry stają się coraz ciekawsze, coraz pełniejsze treści. Niedawno skończyłem dwa naprawdę niezłe tytuły: Assassins Creed 2, który być może nie aspirował do bycia czymś wielce głębokim ale zauroczył mnie swoją wizją renesansowych Włoch oraz inFamous, który będąc niezłą strzelaniną przy okazji starał się przemycić w fabule nieco więcej, niż tylko określenie celu następnej egzekucji. Obydwa tytuły nie są może jakimiś majstersztykami, to porządna, rzemieślnicza robota, która zasługuje na pochwałę. Ale w konfrontacji z tytułami, w które grałem jeszcze kilka lat temu…

Już widzę oburzonych wyznawców gier retro pieklących się o to, że teraz już nic nowego, nic fajnego i nic nowatorskiego nie powstaje (hi Opi! :)). Też lubię retro ale nie mam zamiaru zamykać oczu na ciągłą ewolucję gier. Nie jestem też na tyle infantylny, by oczekiwać co i rusz przełomów i ciągle nowatorskich rozwiązań. Jako się rzekło – gry rozwijają się w sposób ewolucyjny a ewolucja z definicji nie jest procesem rewolucyjnym. Oczekiwanie, że każdy tytuł będzie przełomowy jest po prostu bzdurne. W początkach tej gałęzi rozrywki faktycznie mieliśmy sporo rewolucji ale tylko i wyłącznie dlatego, że wtedy wszystko było nowe i “rewolucyjne”. To tym tytułom i ich ewolucji zawdzięczamy dzisiejszy kształt konsolowej i komputerowej rozrywki i za to jestem im wdzięczność ale River Raid już naprawdę nie rajcuje jak kiedyś.

Ale wróćmy do tematu wpisu. Czy dojrzały człowiek w kwiecie wieku może i w ogóle powinien rajcować się grami? Odpowiedź nasuwa się sama: wszystko zależy od gier. Kocham wrócić po pracy do domu, odpalić jakąś bezmózgą siekaninę i spędzić tę godzinkę gimnastykując palce. Czym to się różni od powrotu do domu i odpalenia bezmózgiej kolejnej inkarnacji komisji śledczej? Może tym, że jest po prostu ciekawsze… Ale powstają dziś także tytuły, które wymagają daleko głębszego zaangażowania niż końcówki kciuków. Powstają tytuły zaczynające oferować emocje a to już jest moim skromnym zdaniem nieco wyższa forma rozrywki. Czasem wręcz trudno mówić o rozrywce w przypadku tytułów takich jak Metal Gear Solid… Jasne, mamy tam elementy czysto growe, wymagające głównie sprawności palców ale pomiędzy nimi opowiadana jest historia, którą ciężko zbyć jednym zdaniem. Budowane są postacie, ich wzajemne zależności, skomplikowane interakcje… Sprawy nam się w grach coraz bardziej komplikują, co witam z szeroko otwartymi ramionami.

Ludzie tworzący scenariusze gier to kolesie w moim wieku lub starsi. Swoje już widzieli, swoje już zagrali, swoje obejrzeli i swoje przeczytali. Posmakowali już życia, dotknęli go, zdążyli się już niejeden raz sparzyć… Mają ten komfort, że tworzą dla kolesi, którzy dorastali wraz z nimi, którzy będą w stanie docenić element tego czegoś więcej, niż przywoływanej już rzeźni wszystkiego, co się rusza. Odbiorca gier dorósł: jest statystycznym trzydziestoparolatkiem z firmowym laptopem w firmowej teczce z firmowym logo na klacie. Jeśli tylko zachował choć odrobinę rozsądku, będzie marzył o wyrwaniu się z tego firmowego kieratu i będzie to robił na różne sposoby. Od rzezania wszystkiego, co się rusza, przez casualowe machanie wiilotem po hardcorowe zgłębianie psychiki mordercy w chorych, depresyjnych grach. A gdy spotka się ze znajomymi i napije się czegoś dobrego, większość zacznie drzeć się do mikrofonu w jakimś Singstarze lub (o ile będzie to większość męska) będzie okładała się po ryjach wkręcając kombosy w Street Fighter. Takim właśnie jesteśmy pokoleniem – bogatszym o kilka innych sposobów spędzania wolnego czasu. Kochamy książki, kochamy dobre kino (niektórzy kochają też złe, prawda Ender? :)) i kochamy skopać kumplowi jego elektroniczny odbyt. Z mojej perspektywy nie jest to absolutnie niczym dziwnym droga moja mamo… To po prostu nieco więcej tego samego, co Ty robiłaś będąc w moim wieku.

Ostatni odcinek CO-OPa to praktycznie pół godziny nawijania o jednej grze. Siedzi trzech kolesi i gada o Mass Effect 2. I – jak się okazuje – jest o czym mówić! Najwidoczniej gra oferuje nieco więcej, niż tylko strzelanie do wszystkiego, co się rusza. Powiem więcej: są ludzie (na ten przykład ja), którzy te pogadanki słuchają i oglądają. Dlaczego? Dlaczego tak się dzieje, że jestem w stanie przeznaczyć zdrowo ponad pół godziny mojego zajętego życia na gadanie o grach? Chyba dlatego, że gry stały się stałym elementem mojego życia. Stały się moim hobby, zajęciem, któremu oddaję się z nieustająco płynącą z tego przyjemnością. Mogłem zbierać puszki, łapać motyle lub zbierać znaczki. Polubiłem jednak co innego a dla filatelisty przyjemność ze zdobycia jakiegoś znaczka jest pewnie podobna do mojej, kiedy przejdę dobrą grę. Po prostu nie widzę większej różnicy w naszych maniach – on i ja jesteśmy podobni i oddajemy się temu, co nas cieszy. Z tą różnicą, że on by nie oszaleć od firmowego logo obecnego wszędzie wyciąga klaser, ja natomiast wyciągam pada.

Czy więc czterdziestoletni gracz to jakaś aberracja? Z całą stanowczością: nie. Powiem więcej – to niejednokrotnie o wiele lepszy odbiorca od pryszczatego dzieciaka. Nie mam nic przeciwko pryszczatym dzieciakom, po prostu wraz ze mną wyrosło pokolenie, dla którego warto tworzyć Gry. Te pisane z wielkiej litery. My to docenimy.

Pojechaliśmy, zjedliśmy, nie przytyliśmy

I wróciliśmy wczoraj z prawie tygodniowego wypadu do Jeleniej Góry z okazji oczywiście świątecznej. Plany mieliśmy wielkie, listę todosów pełną a życie zwyczajowo wszystko zweryfikowało i podało nam po swojemu i lekko al dente.

Zaczęło się już w dniu wyjazdu, kiedy to Doropha podniosła dosyć istotną rodzinną kwestię: kinol Gutka jakiś taki siąpiący jest. Jako że dobro młodego ponad wszystko – babcia Wula, która przyjechała specjalnie po nas, wzięła sobie dzień wolnego na żądanie i umyśliliśmy, by jechać w poniedziałek, kiedy to być może kinol Gutka ustali w którą stronę zmierza – czy w stronę sikania smarami na lewo i prawo, czy też może w jakieś nieco bardziej suche regiony. Się okazało, że powinno być OK więc wsiedliśmy w wysłużony już nieco samochód i ruszyliśmy z kopyta do Jeleniej Góry. Zapakowani byliśmy niczym ci Cyganie – po sam dach i z zapasem rzeczy na miesiąc z okładem. Ale jako się rzekło plany takoż były bogate we wrażenia: mieliśmy między innymi śmignąć do Szklarskiej Poręby i pokazać da Majkowi jak śnieg wygląda oraz jak się na sankach zjeżdża bo przecież z klimatem nam się nic nie dzieje i to wcale nie prawda, że coś nam się ociepla. Efekt tej nieprawdy jest taki, że młoda przez sześć lat swojego życia śnieg widywała sporadycznie a na sankach nie jeździła chyba ni razu. Koszmar nie dzieciństwo…

Anyway, pojechaliśmy. Na miejscu udało mnie się jeszcze spotkać z kilkoma znajomkami z liceum (hi Rutensy, hi Asia, hi Leon!) ale to był łabędzi śpiew mojej świątecznej aktywności. Następnego dnia jak mnie nie ścięło katarzysko… Reszty możecie się domyślić – ścinało po kolei wszystkich i to przy samej ziemi. Najgorzej ma oczywiście Doropha, która z racji karmienia nie może przyjąć żadnej skomasowanej dawki leków a najlepiej o dziwo trzyma się nasza zazwyczaj mocno chorowita Majusia, która trochę nosem pociągnęła i to w sumie wszystko, co ją złego ze strony wirusów spotkało. Wyjeżdżając zostawialiśmy konających dziadków i babcie oraz mocno osłabioną choinkę. Do osłabienia jeleniogórskiej lodówki rąk przyłożyliśmy już my sami i nie możemy zwalać na chamskie wirusy.

Wigilia się odbyła aseptycznie, mało wylewnie i w towarzystwie licznych chusteczek higienicznych. Dla nieoczekiwanego nieznajomego nie wystawiliśmy zastawy bo sukinsyn zakradł się w tym roku wcześniej i obierał nas z resztek godności fundując nam płacz nad naszym losem strasznym bo chorowitym. Jednak wieczoru nie można uznać za nieudany a to za sprawą świetnych prezentów, jakie sobie sprawiliśmy. Niżej podpisany dostał dwie spasione gierki: Assassin’s Creed 2 (dobra jest!) i Uncharted 2 (boska jest! Już przelazłem leżąc w wyrze!). Doropha obłowiła się nieźle dostając trylogię Stiega Larrsona, kupę gaci i innych babskich utensyliów oraz wszystko, co zostało nakręcone w temacie serialu Kochane kłopoty, który wielbi wielce (42 płytki – matko, nie wiem kiedy to obejrzymy wszystko :)). Da Majek dostawał prezenty na bieżąco więc pod choinką może niezbyt ich było wiele ale za to były bardzo wyczekiwane. Tak, wpadła kolejna lala, tym razem już totalnie różowa Barbie Muszkieterka, do tego jakaś gra, która ma da Majka zapędzić do nauki literek (o dziwo – to działa) i chyba jeszcze jakaś drobnica. Gucio dostał mocno brakującą nam karuzelkę nad wyro – ot by miał się w co wgapiać. Do tego oczywiście pluszaki, grzechotki i Bóg raczy wiedzieć co jeszcze. Dziadek Marek dostał coś pachnącego i coś grającego. Długo za tym biegałem ale w czytnikach wyląduje mu siedmioodcinkowy serial The Blues kręcony pod okiem Martina Scorsese i Wima Wendersa. Do tego dziadkowi wpadli obowiązkowo jego ukochani Stonesi (koncertowo na DVD) i jakiś jeszcze bluesik, którego niestety już nie pamiętam. Babcia Wula dostała solidny zestaw wypoczynkowo-przygotowawczy. A tak, jako że emerytura nadciąga nieuchronnie, czas zaplanować sobie tę podróż dookoła świata. Pomoże jej w tym Kobieta na krańcu świata (świetne fotki!), do lektury której babcia dostała ciśnieniowy imbryczek z różnymi kawami z jej ulubionego Pożegnania z Afryką. Niestety Brzozikom jakoś niczego nie udało nam się znaleźć w Jeleniej Górze a i z racji choróbska nie za bardzo było kiedy biegać, więc rodzina brackiego jakoś niebawem niechaj się przesyłki spodziewa a w niej coś sympatycznego na pewno się znajdzie. Będzie to oczywiście retorsja na ichni prezent, który dostał się naszej rodzince. Otóż brat z żoną wpadli na pomysł, że za grubi jesteśmy i że czas nas nieco odchudzić. A najlepszym sposobem będzie oczywiście zagonienie nas przed… telewizor :). Tym sposobem jedzie do nas mata do tańczenia i gierka adekwatna. Oj poleje się potu, poleje…

Jak już wspomniałem, te święta spędziłem głównie w wyrze siąpiąc i kichając. O dziwo wszelkie objawy magicznie zanikały mi podczas grania na mojej ukochanej konsoli, którą oczywiście musieliśmy zabrać no bo jak to tak jechać bez konsoli… Tym sposobem popchnąłem ostro fabułę w InFamous a po rozpakowaniu prezentów pograłem hardcorowo w Assassin’s Creed 2 i Uncharted 2. AC2 jest naprawdę dobre! Gra się bajecznie, świat jest bogaty a grafika bardzo dobra (choć na Xboxie ponoć zdecydowanie lepsza. Eeeechhh…). No i fabuła jak na razie nie rozczarowuje. Z tym że w AC2 pograłem raptem z cztery godzinki bo na swoje nieszczęście do czytnika konsoli wrzuciłem Uncharted 2. I tu mały wtręt o tym, jak rozpoznaje się gry genialne. Gry genialne mają to coś, co nie pozwoli ci na oderwanie się od pada. Mają to coś, co po przebudzeniu o szóstej rano każe ci jako pierwszą odpalić konsolę a nad kawą czy toaletą nie pozwali ci myśleć. Uncharted 2 to właśnie taka gra a nawet nie połupałem jeszcze w multi (ponoć niezłe)! Świetna grafika, doskonała fabuła, rewelacyjny voice acting (w wersji polskiej też niezgorzej), niezapomniane, filmowe przeżycie… Łał, jestem tym tytułem oczarowany po prostu i chylę czoła przed twórcami.

Jednak nie samym graniem człowiek żyje. Jak się okazuje – ma też dzieci. A dzieci muszę przyznać mamy cudowne, cierpliwe i wyrozumiałe dla słabostek swojego rodzica. Z Majką możemy wciągać Harrego Pottera i jak się okazuje nie ma miejsca na żadne strachy (leciała w telewizorni część z Dementorami – pretty creepy) w zamian jest cudowne przeżywanie przygody. Piękne! Majusiu! Mam cały zestaw świetnych filmów przygodowych, które razem powciągamy! Szykuj się młoda… Gucio też okazał się być gościem co się zowie. Wyjazd? Zmiana otoczenia? Cztery (ponad) godziny jazdy samochodem? Who cares! Byle było co jeść a damy sobie radę! Że z nosa kapie i dychać ciężko? A kto powiedział, że ma to przeszkadzać w słaniu uśmiechów na lewo i prawo i czarowaniu wszystkich jak tylko się da? O guganiu że już nie wspomnę…

Oj dzieciaki to żeśmy chyba na loterii wygrali. Hail to loteria w takim razie!

Było choro ale rodzinnie. Było zmęczenie permanentnym zatkaniem i siąpaniem ale na szczęście nie beczeliśmy za bardzo. Narobiliśmy trzody w domu ojców moich ale mają zmywarkę. Jednym słowem: były straty zdrowotne ale zyski rodzinno-prezentowe :) zdecydowanie je przysłoniły. Dzięki dziadki! Miłego po nas sprzątania i kurowania się :).

Monitor dla papy CoSTy

Droga rodzinko (a może i jakiś sponsor się znajdzie, kto wie :)). No niestety, brak monitora do komputera boli strasznie. Nie ma na czym zdjątek i filmików obrabiać (no i Gutka wcale nie widać na stronie), nie ma jak żyć po prostu. Gromadzę powoli (a właściwie to wcale bo zawsze są jakieś inne wydatki) zasoby na nowy monitorek ale jeśli macie jakieś zbędne eurasy w portfelach drogie moje ciotki, to ja je bez skrupułów przyjmę. Znacie mnie :)

Kliknięcie na powyższy obrazek przeniesie do płatności PayPal, gdzie (jeśli jeszcze nie macie) można sobie konto założyć i wygodnie kasę przelewać.

Żebrzę? Jasne! Wstydzę się? Ani trochę :)

Logowanie

Cytat

Nawet największa liczba pozytywnych eksperymentów nie dowodzi bezspornie słuszności teorii, ale już pierwszy negatywny staje się jej grobem. — Albert Einstein

Ostatnie komentarze

Lifestream

  • Choróbsko bierze. Ot było iść w niedzielę z wózkiem na spacer... Deszcz, śnieg, grad, deszcz i znów śnieg. To musiało się tak skończyć :/ [costa_mm]
    13h ago via Twitter
  • Blogowpis: dłuuugaśny wpis o elektronice, której nienawidzę i o tej, którą wielbię. Dla potomności :) http://bit.ly/dCz9pq [costa_mm]
    15h ago via Twitter
  • Uuuups, zaraz na blogu wyląduje dłuuuuugi wpis. A łaziło mnie coś takiego po głowie od pewnego czasu i dziś ciałem się stało :) [costa_mm]
    16h ago via Twitter
  • You can not trust pióro because it wypisuje się when you need it most. A wsadzę ci naboja analnie, ty głupi pisaku. Aż stękniesz... [costa_mm]
    21h ago via Twitter
  • Odpisuję, odpisuję, odpisuję... Korespondencja firmowa zaczyna mi zżerać w cholerę czasu. Widać tak ma być. Deep down into #korpo hole... [costa_mm]
    22h ago via Twitter