sie 2, 2010; wyświetleń: 475 3
Filipowa impreza czyli Mroczna Sobota
To był dosyć busy weekend. Z kategorii tych męczących ale też przy okazji męczących przyjemnie całkiem. Sobota okazała się dniem szczególnie ciężkim choć muszę przyznać, że i Niedziela Bez Snu (no, do pewnego momentu) też pokazała mi, że już nie umiem tak jak kiedyś jechać 48 godzin non stop tylko na kawie, papierosach i alkoholu pogryzanego mięchem.
W sobotę poranek zasponsorował nam niezrównany Gucio, który spokojnie może robić za budzik nie wymagający baterii a tylko wkładów proteinowych. Punktualnie przed piątą zerwał Dorophę a mnie się dostało tylko nieco później. Sobota wyglądała standardowo – zabawiać trza było młodego (olałem to i wolałem grać na konsoli), trza go było karmić (to zawsze olewam), trza było z nim łazić. Jeśli wierzyć ajfonowemu GPSowi, dwie godziny zajęło mnie złażenie ośmiu kilometrów po różnych zakątkach okolicy i powiadam Wam, pchając wózek padłem prawie że. Widać męczące mnie choróbsko, którego objawy Doropha potrafiła usunąć odpowiednią dawką prochów, gdzieś w środku się tliło ciągle bo zmęczyło mnie to łażenie okrutnie. Później już zostało tylko wrzucenie kilku piw do siatki, kilku kiełbas, kilku tacek i sztućców i już można było jechać na imprezę. Imprezę, która odbywała się w oddalonym od cywilizacji miejscu o nazwie Airport-Biernat.
Imprezował Filip, który wziął i się niedawno ożenił i któremu dostał się spóźniony nerdowski wieczorek kawalerski. Jeśli liczycie w tym momencie na zdjęcia roznegliżowanych lasek wyskakujących z tortów – się przeliczyliście. Wieczorek był z założenia nerdowski do bólu więc musiał składać się z trzech punktów:
- Filip miał być przeleciany.
- Filip miał być ubity pałami.
- Filip miał grać w planszówki do upadłego.
Przeleciał Filipa zwyczajowo Voytass i zrobił to w stylu naprawdę ładnym. Z machaniem skrzydełkami, kilkoma podejściami do finiszu i w końcu z darciem gumy przy Wielkim Finiszu.
Ubijanie pałami odbywało się poza terenem lądowiska. Voytass wywiózł nas gdzieś w Pizdu a tam Filip dostał do łapy Klamkę, w niej 28 Pestek i miał przetrwać atak Krwiożerczych Zombie, którzy za zadanie mieli owego Filipa godnie spałować. Zmiana sanu cywilnego nie jest bowiem niczym lekkim i miał się o tym Filip przekonać. Krwiożercze Zombie dobrze się ze swoich ról wywiązywały i szerokim echem po lesie niósł się ich ryk „Mięęęsoooo!!! Mięęęęssooooo!!!”. Niestety na wiele więcej prócz ryczenia Zombie się nie zdobyły i Filip w pięknym stylu i rzutem na taśmę się do PK dostał.
Później już było standardowo: grill, dużo żarcia, piwo, coś mocniejszego i z czasem przesiadka do sali, w której chłopcy rozłożyli planszówkę Battlestar Galactica i próbowali nauczyć mnie w to grać. Nawet fajna zabawa choć kumałem niewiele. Tak minęła zdrowa część nocy – oni się jarali kto jest „puszką” a kto człowiekiem, ja kumałem z tego coraz mniej ale wcale nie przeszkdzało mi to być ichnim prezydentem (życiowa ta planszówka, nie ma co :)). Nieco po czwartej, po prawie dobie bez snu, wziąłem i wylądowałem w wyrze.
O tym, co chce się zrobić z hiperaktywnym dzieckiem owego Dnia Następnego napiszę Wam innym razem. To miała być miła relacja z kumplowskiej imprezy a nie gore, splatter, horror i inny triller w jednym.
Anyway, witaj wśród zaobrączkowanych Filipie! Teraz już sobie tak swobodnie nie polatasz… :)
CoSTa's Family Page
CFP - w iTunes Store
