CoSTa's Family Page

Icon

Nas dwóch, one dwie plus cała reszta gangu zwanego Rodziną. Nasze przypadki, wypadki i odpadki. Nasze historie małe i wielkie. Nasze życie sote. Batteries not included.

Niewierzący w państwie wyznaniowym

Jestem szczęśliwym człowiekiem. Przynajmniej wedle miary ludzi, którzy stopień szczęścia mierzą oderwaniem od codziennej głupoty. Wczoraj zbyt wiele miałem zajęć, zbyt dobrze bawiłem się z rodziną skakając na macie do tańczenia i nazbyt robiłem z siebie idiotę próbując połaskotać syna pod pachami (Gucio rży wtedy rozkosznie ale do pach dobrać mu się cholera trudno) by w ogóle zwrócić uwagę na wydarzenia pod pałacem prezydenckim.

Z całego tego krzyżowego naparzania się wiernych wyciągam dość smutny wniosek: żyję w państwie wyznaniowym, w którym od najwyższej elity po najniższe moherowe czeluści wszyscy jak jeden mąż traktują dwie zbite kłody za Symbol. I może to jeszcze nie byłoby nic złego bo symbole to nie jest zła rzecz ale z niejakim zdziwieniem zauważyłem, że te dwie same zbite kłody dla tych samych ich wyznawców mogą mieć diametralnie różne znaczenie. Zauważyłem też z pewnym niepokojem, że owe kłody zaczynają być politycznie monopolizowane przez PiS oraz stają się niezłym biczem na nieporadną jak zwykle Platformę. Zauważyłem także – a to już z mocnym strachem – że jak kraj długi i szeroki mało kogo interesują takie rzeczy jak podatki, gospodarka, reformy czy co tam jeszcze. Mam wrażenie, że znakomita większość współobywateli ma to serdecznie w dupie i z zapartym tchem śledzi przygody dwóch zbitych kłód, w które PiS zaklął ducha Lecha Kaczyńskiego.

Jestem agnostykiem. Nie mam pojęcia, czy bogowie istnieją, czy też nie i szczerze mówiąc mało mnie to obchodzi. Ale widząc co potrafią ludzie wyczyniać z symbolami swojej religii i jak instrumentalnie się nimi bawić, jestem coraz bardziej przychylny zdaniu, że określenie „opium dla ludu” jest jednym z najcelniejszych określeń, jakie kiedykolwiek można było w temacie religii wymyślić. Znakomita większość moich współrodaków kompletnie gdzieś ma warunki swego bytowania o ile będzie mogła pokrzyczeć sobie za lub przeciw dotykania lub nie ich symbolu religijnego z zaklętym w nim przez partię polityczną duchem zmarłego prezydenta. Nawet nie wiem w jakich kategoriach to rozpatrywać bo mam wrażenie, że zwykła „głupota” już nie wystarczy…

Niewierzący ale i agnostyk w Polsce ma o tyle ciężko, że żyje w kraju zakłamanym do bólu. W kraju, w którym na papierze (ten wiele zniesie ale konstytucja to chyba jeszcze nie rolka toaletowego) żadna religia nie powinna mieszać się do spraw państwowych, musi ową religię znosić dokładnie wszędzie. Od przedszkola począwszy na salach sejmowych skończywszy. Religia i jej symbole jest wszędzie i o ile to niewierzącemu może przeszkadzać jeszcze umiarkowanie, o tyle wpływ na politykę tego ponoć świeckiego państwa przez religię czyniony musi mu się czkawką odbijać solidną. Ten kraj i jego politycy robią politykę na kolanach. Wszyscy, jak jeden mąż, od lewej do prawej i z powrotem. Od tygodni największym problemem tego kraju nie okazuje się być deficyt budżetowy i sposoby jego łatania oraz (może w końcu) jakieś propozycje realizacji planowanych reform przez partię rządzącą. Nie, nic z tego. Od tygodni i miesięcy ton dyskusji politycznej w tym kraju nadają przykuwające się do dwóch zbitych kłód babcie i ponoć propaństwowa partia niosąca hasła narodowego socjalizmu na sztandarach. Nikt nie potrafi od tej hucpy się uwolnić, nikt nie wie, co z tym zrobić, nikt nie zamierza nawet czegokolwiek z tym zrobić licząc na to, że babciom i narodowym socjalistom się znudzi. Rozwiewam te nadzieje – nie znudzi się. Narodowi socjaliści mają bowiem ogromny interes polityczny w podtrzymywaniu takiej sytuacji i sporo gotowych przykuć się do czegokolwiek babć w zapasie.

Niewierzący w tym kraju czyta prasę, ogląda telewizję i kręci głową z niedowierzania. Bo paradoksalnie „normalność” to w tym kraju kwestia wiary z którą niewierzący z definicji ma problemy.

Praca – przekleństwo czy błogosławieństwo?

Ostatnio dostaję w robocie ostro w wydajnościowy tyłek. Sytuacja jakich pewnie w wielu firmach wiele – wylatuje twój boss, jego obowiązki spadają na innych (w tym i ciebie), dostajesz na twarz zadania, o których nie masz większego pojęcia i jakoś musisz się w tym odnaleźć.

Mówiąc szczerze dosyć to motywujące doznanie jest i sprawia nawet całkiem sporo frajdy. Tyle, ile nauczyłem się w ciągu ostatniego tygodnia, pewnie i przez pół roku nie wciągnąłbym na studiach. Wiedza najlepsza z możliwych, z pierwszej ręki, z linii frontu dosłownie, ciepła, pachnąca i aż prosząca się o konsumpcję. Do tego w dużych ilościach i z widokami na jeszcze tych ilości zwiększenie. Nauka przez praktykę to jednak najlepszy sposób przyswajania czegokolwiek i na własnej skórze przekonuję się, że nie ma nic lepszego, niż kilka motywacyjnych szturchnięć do napięcia muskułów i dania z siebie sporej dawki energii na ogarnięcie tego całego bałaganu.

Oj tak, praca potrafi być motywująca, potrafi być motorem zmian, do których dojrzewałbym pewnie latami. Pod tym względem to niekwestionowane błogosławieństwo – motywuje do rozwoju, do parcia do przodu, do wyostrzenia zmysłów i uruchomienia tych wszystkich męskich przymiotów, które śpią w nas ululane bezpieczeństwem i wygodną dzisiejszej egzystencji. Człowiek staje się drapieżny, czujny, chętny do podejmowania wyzwań i nawet jeśli czasem dostanie po łbie, to podniesie się i pójdzie dalej rozpychając się łokciami i walcząc z przeciwnościami. Praca stała się dla nas, wygodnych byłych myśliwych w papciach, sposobem na używanie naszych związanych z agresją, przemocą i chęcią władania (a wszystko dla zapewnienia bytu) instynktów. Praca dostarcza adrenaliny, dostarcza bodźców, dostarcza satysfakcji z wygranej i smutku z przegranej. W jakiś dziwaczny i pokrętny sposób telefon może stać się narzędziem walki a mysz i klawiatura zbroją. I to jest błogosławieństwo pracy – to natężenie doznań i wyrwanie z codzienności papciów.

Ale jest i druga strona medalu. To owej pracy przekleństwo. Co nim jest? Dla mnie – pewna fikcja tych zachowań, pewna umowność, oszustwo, jakie dokonuje się na swoich instynktach i najgłębszych, zapisanych w genach potrzebach. Stoczona walka na myszkę i telefon dostarcza frajdy ale podskórnie czuję, że o nie o taką frajdę chodzi. Zwycięstwo z bezwładem i korporacyjną inercją dostarcza adrenaliny (zaprawdę powiadam Wam, w firmie, w której robię jest to Duży Problem) ale z tego zastrzyku niewiele wynika.

Różne są motywacje podjęcia pracy z czego najbardziej oczywista to chęć zarobienia pieniędzy, co ma zaspokoić wewnętrzny imperatyw zapewnienia bytu sobie i bliskim. Problem w tym, że to wszystko odbywa się zbyt moim zdaniem wirtualnie, by mieć jakiś faktyczny związek z zaspokajaniem tych genetycznie zaprogramowanych potrzeb. Walka w pracy dostarcza satysfakcji ale po czasie okazuje się, że jest to bardzo powierzchowna satysfakcja, bardzo płytka, nie przynosząca pełni doznań, do odczuwania których wyewoluowaliśmy. Być może problemem jest zbytni postęp i niemożność dostosowania się do coraz większej wirtualizacji życia. A być może problem tkwi tylko we mnie. Jak by nie było, brakuje mi pewnej fizyczności w doznaniach płynących z pracy. Brakuje mi trofeów. Nie uznaję pieniędzy za takowe – to tylko kolejny ze środków służących zdobyciu rzeczy, artefaktów, zapewnieniu bytu u jego podstaw. Ale pieniądze nie są trofeum samym w sobie. Raz są, raz ich nie ma (zazwyczaj niestety ich nie ma) ale o niczym nie świadczą. W głębi swojego DNA jestem łowcą i potrzebuję doznań daleko wykraczających poza oglądanie stanu konta.

Zaczynam rozumieć miłośników sportów ekstremalnych pijanych adrenaliną. To właśnie ta potrzeba gna ich do robienia rzeczy, których ja bym nie zrobił. Rozumiem to choć instynkt samozachowawczy mówi mi, że to, co ludzie robią czasami w poszukiwaniu doznań bywa po prostu głupie. Słucham swojego instynktu bo to najlepszy doradca i po prostu ma rację. Tenże instynkt mówi mi też, że na dłuższą metę próba zaspokojenia swoich archetypicznych pragnień za pomocą wyzwań stawianych przez pracę nie ma po prostu żadnego sensu. Dlaczego? Ze względu wspomnianą wirtualność pracy i ulotność doznań przez nią oferowanych.

Praca oferuje mi etykietę zastępczą na opakowanie. Surogat tego, o co w życiu mężczyzny chodzi. Udawane, ulotne, nie pozostawiające większych śladów doznanie, które z podskórnie i genetycznie wyczuwanym sensem życia nie ma nic wspólnego. Praca nie jest więc ani przekleństwem, ani błogosławieństwem. Jest stanem, po którym czuje się tylko zmęczenie.

Tak jak to właśnie czuję teraz.

Gracz przed czterdziestką?

OK, do czterdziestki jeszcze nieco mnie brakuje (acz nie tak znów wiele) niemniej od jakiegoś już czasu nurtuje mnie jedno pytanie: kiedy znudzi mi się granie?

Moja matka w kółko powtarza mi, że czas w końcu wydorośleć, zająć się rodziną, domem, dziećmi i całym tym bagażem naplecowym i do ziemi przygniatającym, zwanym w skrócie życiem. Moja matka przekonana jest, że gry jak i samo granie to zajęcie dla dzieciaków, ewentualnie dla dorosłych, którzy jeszcze mentalnie z wieku dziecięcego nie wyszli. Moja matka ma wiele racji ale równie wiele, jak jej ma – jej nie ma. Dlaczego? Postaram się odpowiedzieć…

Najkrócej rzecz ujmując dlatego, że nie tylko pokolenie wczesnych graczy dorosło. Wraz z nami dorosły też gry oraz cała technologia, bez której ich istnienie nie byłoby możliwe. Ale nie o technologii mama zamiar klepać lecz o grach bo to o nie szczególnie tutaj chodzi i to one są najważniejsze. Wraz z dojrzałością odbiorcy rosną też i wymagania gier odnośnie owego. Owszem, światem rządzą gry casualowe (fenomen Wii jawnym tego dowodem) ale hardcore, ta surówka i esencja grania, w ciągu kilku ostatnich lat dokonało ogromnego skoku jakościowego nie tylko w warstwie technologicznej ale także scenariuszowej. Gry zaczynają powoli dotykać tematów, których wcześniej nie dotykały w ogóle lub robiły to w sposób o wiele mniej zaangażowany. Co roku ukazują się tytuły, które coraz bardziej zbliżają świat gier (wciąż kojarzony przez moją matkę z głupawą rozrywką polegającą na eksterminacji wszystkiego) do świata… No właśnie, do czego gry się powoli zbliżają?

Do filmów? Owszem, warstwa prezentacji i narracji jak najbardziej zmierza w tym kierunku ale to tylko część układanki. Gry kocham między innymi za to, że pozwalają na interakcję, że z definicji nie są biernym medium, takim jak film. Na każdej platformie (sorry, będę pisał o PS3 bo na tej konsoli aktualnie gram ale chodzi o wszelkie platformy, z handheldami włącznie) ukazują się tytuły pokroju Uncharted 2 czy Heavy Rain. Są to tytuły jak najbardziej „filmowe”, zbliżone do tego medium najbliżej, jak tylko się da ale przecież jakże od niego odmienne. Oddanie władzy nad losem bohatera w ręce gracza kompletnie zmienia optykę, którą posługujemy się do obserwowania tego, co wyczynia się na ekranie/monitorze. To przede wszystkim sprawa zaangażowania się w świat gry, w rozwiązywanie problemów stawianych przed graczem, w (w dobrych, dojrzałych grach) konsekwencje takich a nie innych wyborów… Droga mamo, czy to według Ciebie wciąż głupie eliminowanie wszystkiego, co się rusza?

Owszem, gry to wciąż medium bardzo ograniczone, oferujące głównie uproszczenia, nie pozwalające zazwyczaj na odpowiednio głęboką identyfikację z wydarzeniami dziejącymi się na ekranie/monitorze. Ale to medium wciąż gwałtownie się rozwija i z każdym kolejnym tytułem przekonuję się, że jest to może rozwój powolny ale zmierzający w dobrym kierunku.

Gry stają się coraz ciekawsze, coraz pełniejsze treści. Niedawno skończyłem dwa naprawdę niezłe tytuły: Assassins Creed 2, który być może nie aspirował do bycia czymś wielce głębokim ale zauroczył mnie swoją wizją renesansowych Włoch oraz inFamous, który będąc niezłą strzelaniną przy okazji starał się przemycić w fabule nieco więcej, niż tylko określenie celu następnej egzekucji. Obydwa tytuły nie są może jakimiś majstersztykami, to porządna, rzemieślnicza robota, która zasługuje na pochwałę. Ale w konfrontacji z tytułami, w które grałem jeszcze kilka lat temu…

Już widzę oburzonych wyznawców gier retro pieklących się o to, że teraz już nic nowego, nic fajnego i nic nowatorskiego nie powstaje (hi Opi! :)). Też lubię retro ale nie mam zamiaru zamykać oczu na ciągłą ewolucję gier. Nie jestem też na tyle infantylny, by oczekiwać co i rusz przełomów i ciągle nowatorskich rozwiązań. Jako się rzekło – gry rozwijają się w sposób ewolucyjny a ewolucja z definicji nie jest procesem rewolucyjnym. Oczekiwanie, że każdy tytuł będzie przełomowy jest po prostu bzdurne. W początkach tej gałęzi rozrywki faktycznie mieliśmy sporo rewolucji ale tylko i wyłącznie dlatego, że wtedy wszystko było nowe i „rewolucyjne”. To tym tytułom i ich ewolucji zawdzięczamy dzisiejszy kształt konsolowej i komputerowej rozrywki i za to jestem im wdzięczność ale River Raid już naprawdę nie rajcuje jak kiedyś.

Ale wróćmy do tematu wpisu. Czy dojrzały człowiek w kwiecie wieku może i w ogóle powinien rajcować się grami? Odpowiedź nasuwa się sama: wszystko zależy od gier. Kocham wrócić po pracy do domu, odpalić jakąś bezmózgą siekaninę i spędzić tę godzinkę gimnastykując palce. Czym to się różni od powrotu do domu i odpalenia bezmózgiej kolejnej inkarnacji komisji śledczej? Może tym, że jest po prostu ciekawsze… Ale powstają dziś także tytuły, które wymagają daleko głębszego zaangażowania niż końcówki kciuków. Powstają tytuły zaczynające oferować emocje a to już jest moim skromnym zdaniem nieco wyższa forma rozrywki. Czasem wręcz trudno mówić o rozrywce w przypadku tytułów takich jak Metal Gear Solid… Jasne, mamy tam elementy czysto growe, wymagające głównie sprawności palców ale pomiędzy nimi opowiadana jest historia, którą ciężko zbyć jednym zdaniem. Budowane są postacie, ich wzajemne zależności, skomplikowane interakcje… Sprawy nam się w grach coraz bardziej komplikują, co witam z szeroko otwartymi ramionami.

Ludzie tworzący scenariusze gier to kolesie w moim wieku lub starsi. Swoje już widzieli, swoje już zagrali, swoje obejrzeli i swoje przeczytali. Posmakowali już życia, dotknęli go, zdążyli się już niejeden raz sparzyć… Mają ten komfort, że tworzą dla kolesi, którzy dorastali wraz z nimi, którzy będą w stanie docenić element tego czegoś więcej, niż przywoływanej już rzeźni wszystkiego, co się rusza. Odbiorca gier dorósł: jest statystycznym trzydziestoparolatkiem z firmowym laptopem w firmowej teczce z firmowym logo na klacie. Jeśli tylko zachował choć odrobinę rozsądku, będzie marzył o wyrwaniu się z tego firmowego kieratu i będzie to robił na różne sposoby. Od rzezania wszystkiego, co się rusza, przez casualowe machanie wiilotem po hardcorowe zgłębianie psychiki mordercy w chorych, depresyjnych grach. A gdy spotka się ze znajomymi i napije się czegoś dobrego, większość zacznie drzeć się do mikrofonu w jakimś Singstarze lub (o ile będzie to większość męska) będzie okładała się po ryjach wkręcając kombosy w Street Fighter. Takim właśnie jesteśmy pokoleniem – bogatszym o kilka innych sposobów spędzania wolnego czasu. Kochamy książki, kochamy dobre kino (niektórzy kochają też złe, prawda Ender? :)) i kochamy skopać kumplowi jego elektroniczny odbyt. Z mojej perspektywy nie jest to absolutnie niczym dziwnym droga moja mamo… To po prostu nieco więcej tego samego, co Ty robiłaś będąc w moim wieku.

Ostatni odcinek CO-OPa to praktycznie pół godziny nawijania o jednej grze. Siedzi trzech kolesi i gada o Mass Effect 2. I – jak się okazuje – jest o czym mówić! Najwidoczniej gra oferuje nieco więcej, niż tylko strzelanie do wszystkiego, co się rusza. Powiem więcej: są ludzie (na ten przykład ja), którzy te pogadanki słuchają i oglądają. Dlaczego? Dlaczego tak się dzieje, że jestem w stanie przeznaczyć zdrowo ponad pół godziny mojego zajętego życia na gadanie o grach? Chyba dlatego, że gry stały się stałym elementem mojego życia. Stały się moim hobby, zajęciem, któremu oddaję się z nieustająco płynącą z tego przyjemnością. Mogłem zbierać puszki, łapać motyle lub zbierać znaczki. Polubiłem jednak co innego a dla filatelisty przyjemność ze zdobycia jakiegoś znaczka jest pewnie podobna do mojej, kiedy przejdę dobrą grę. Po prostu nie widzę większej różnicy w naszych maniach – on i ja jesteśmy podobni i oddajemy się temu, co nas cieszy. Z tą różnicą, że on by nie oszaleć od firmowego logo obecnego wszędzie wyciąga klaser, ja natomiast wyciągam pada.

Czy więc czterdziestoletni gracz to jakaś aberracja? Z całą stanowczością: nie. Powiem więcej – to niejednokrotnie o wiele lepszy odbiorca od pryszczatego dzieciaka. Nie mam nic przeciwko pryszczatym dzieciakom, po prostu wraz ze mną wyrosło pokolenie, dla którego warto tworzyć Gry. Te pisane z wielkiej litery. My to docenimy.

Monitor dla papy CoSTy

Droga rodzinko (a może i jakiś sponsor się znajdzie, kto wie :)). No niestety, brak monitora do komputera boli strasznie. Nie ma na czym zdjątek i filmików obrabiać (no i Gutka wcale nie widać na stronie), nie ma jak żyć po prostu. Gromadzę powoli (a właściwie to wcale bo zawsze są jakieś inne wydatki) zasoby na nowy monitorek ale jeśli macie jakieś zbędne eurasy w portfelach drogie moje ciotki, to ja je bez skrupułów przyjmę. Znacie mnie :)

Kliknięcie na powyższy obrazek przeniesie do płatności PayPal, gdzie (jeśli jeszcze nie macie) można sobie konto założyć i wygodnie kasę przelewać.

Żebrzę? Jasne! Wstydzę się? Ani trochę :)

Logowanie

Ostatnie komentarze

Lifestream