CoSTa's Family Page

Icon

Nas dwóch, one dwie plus cała reszta gangu zwanego Rodziną. Nasze przypadki, wypadki i odpadki. Nasze historie małe i wielkie. Nasze życie sote. Batteries not included.

Jolicloud 1.0 – wrażenia

Od jakiegoś czasu bawię się opartą na Ubuntu dystrybucją stworzoną specjalnie z myślą o netbookach, która zwie się Jolicloud. Pisałem już o tym, że o dziwo u mnie działa i to działa bardzo dobrze a na moim Dellu Inspiron 1210 bije wydajnościowo preinstalowanego Windowsa XP na głowę.

Niedawno pokazała się już oficjalnie i dla każdego dostępna pierwsza stabilna wersja tej dystrybucji i chyba czas najwyższy naskrobać conieco o tej wersji. Po pierwsze – jeśli używaliście od dłuższego czasu Jolicloud, zapewne drogą mailową dostaliście zaproszenie do aktualizacji z wersji pre-release do wersji 1.0 przez zwykłe upgrade wykonywane z poziomu samego systemu. Moja rada: nie róbcie tego. Po zainstalowaniu spolszczenia systemu ichni Launcher po prostu się nie uruchamia i całe to nowe doznanie nie będzie Wam dane. Najlepiej zgrać gdzieś swoje dane i postawić system od zera. Miłe jest to, że mimo braku Launchera Wasze zainstalowane aplikacje są zapamiętywane i po instalacji świeżej wersji systemu informacja o zainstalowanych aplikacjach zostanie zsynchronizowana jak trzeba a apki grzecznie się do Launchera władują.

Instalacja Joliclud to znany doskonale ubuntowy instalator i nie ma się tu co rozpisywać. Natomiast zaraz po uruchomieniu okazuje się, czym Jolicloud w istocie swojej zamierza być. Otóż ta dystrybucja skręca maniakalnie w stronę onlinową i wydaje się być takim ChromeOS, tyle że imo o wiele fajniejszym bo nie wymagającym do pracy ciągłego bycia online i szanującą dane użytkownika pozwalając trzymać je na lokalnym dysku zamiast gdzieś w chmurze. Poza tym jednak jest onlinowo i chmurowo jak trzeba – kupa widgetów (zwanych w repozytoriach Jolicloud aplikacjami) z co popularniejszymi usługami sieciowymi, takoż sporo linuksowych programów, które można sobie zainstalować lokalnie… Taki miks bycia w chmurze ze stąpaniem twardo po ziemi. Mnie się to bardzo podoba.

Po instalacji pierwsze, co się robi, to łączy z internetem. W moim przypadku żadnych problemów z kartą sieciową, Wi-Fi bangla od ręki więc jest OK. Łącze z internetem potrzebne jest do tego, by stworzyć lub zalogować się do konta Jolicloud oraz by to konto – jeśli ma się na to ochotę – połączyć z kontem Facebooka i bawić się w ten cały socjal. Konto Jolicloud jest fajne i przydatne. To tam lądują informacje o zainstalowanych przez Was aplikacjach (przy reinstalacji systemu lub instalacji na innym komputerze dzięki tej informacji można ładnie sobie zsynchronizować zainstalowane oprogramowanie i mieć swoje środowisko pracy wstępnie gotowe), tam lądują informacje o Waszych ulubionych aplikacjach i zapewne w niedalekiej przyszłości funkcjonalność konta zostanie poszerzona o kilka innych oczywistych usług (dokumenty i ustawienia programów oraz ich dane w chmurze na ten przykład).

Po zalogowaniu dostajemy na twarz ichni Launcher. Ten cały Launcher to nakładka na system (zrobiona w HTML5 więc słabe maszyny nie powinny mieć z nią większych problemów), która ma jeden cel: wkurzyć człowieka przyzwyczajonego do pracy z desktopem :). Takie jest pierwsze wrażenie i można dostać na łeb próbując się w tym jakoś połapać. Sytuacja zmienia się diametralnie w przypadku gdy korzystacie ze smartfonów androidowych, ioesowych czy innych inspirujących się interfejsem właśnie iOS. Nagle widzicie znane z telefonów ikony reprezentujące programy i widgety, nagle przestaje Wam przeszkadzać, że aplikacje otwierają swoje okna z defaulta zmaksymalizowane i nagle nie macie większych problemów z poruszaniem się po Launcherze. Chłopaki składające tę dystrybucje doskonale wiedzą, co chcą osiągnąć i powiadam Wam, że idą w dobrą stronę. O ile na moim netbooku z matrycą 1280×800 łatwiej pracowałoby się w normalnym desktopowym stylu, o tyle w netbookach z ekranami o przekątnych kilku raptem cali ten Launcher po prostu rządzi. Zresztą i u mnie pracuje się całkiem fajnie i wygodnie choć to była kwestia dostosowania się do zmienionego środowiska, co zajęło mi nieco czasu. Ale po oswojeniu się… Bomba! Ponoć w netbookach z ekranami dotykowymi Launcher dotyk obsługuje więc może to tam być jeszcze większa bomba, niż mi się teraz wydaje.

System jest ładny, kolorystyka fajna, ikony w Launcherze eleganckie… To się po prostu miło ogląda i z tym się miło pracuje. Rzecz jest także pierońsko szybka (o wiele szybsza imo niż pre-release – OpenOffice po prostu śmiga jak bajka) i jak do tej pory nie zauważyłem jakichś problemów ze stabilnością.

Jolicloud nie jest niestety jeszcze spolszczony (byte, zrób z tym coś :)) ale można dokopać się do skrzętnie ukrytego Panelu Sterowania (czy jak to się tam w Gnome zwie) i nasz język sobie doinstalować. Oczywiście Launcher będzie gadał po angielsku nadal ale wszystkie pozostałe elementy systemu będą szprechać normalnie. Niestety także instalacja np. OpenOffice nie instaluje polskich dodatków wraz z aplikacjami. Słowniki, spolszczenie itd. musiałem instalować ręcznie. Przy okazji – jeśli szukacie tam terminala, to szczęścia życzę :). Zrobiono to lepiej – standardowe Alt+F1 zamiast wyłazić z Xservera grzecznie otwiera… terminal w okienku. I już możesie się swoim apt-get bawić. Niestety w temacie obsługi różnych wersji językowych chłopcy od Jolicloud mają jeszcze bardzo wiele do zrobienia.

Bardzo ciekawie rozwiązano kwestię więcej niż jednego konta w systemie. No więc ile byście nie szukali, nie ma w ogóle opcji stworzenia nowego konta w Launcherze. Zapomnieli? Nie, to raczej wynik przyjętej linii myślenia o netbooku jako taniej maszynce będącej personal tak samo, jak telefon. Po prostu te rzeczy są na tyle tanie, że każdy może mieć swoją i dodatkowe opcje dotyczące kont czy innych aspektów działania systemu mogłyby zwykłym ludziom nieco namieszać. Konto oczywiście da się zrobić za pomocą owego Panelu Sterowania czy jak to w Gnome zwał. Ale tu kolejna niespodzianka, którą może pokrótce opiszę. Może małe wprowadzenie: po zainstalowaniu Jolicloud siadłem i zacząłem robić to, co prawdziwi mężczyźni lubią robić najbardziej – zacząłem zapełniać partycję śmieciami, w tym programami oferowanymi w Launcherze (swoją drogą – instalacja softu jest banalnie prosta i przecudnie zrobiona) czyli widgetami ale i aplikacjami natywnymi (VLC, Boxee, te sprawy…). Doropha obiecała przysiąść do Jolicloud po moich zapewnieniach, że działa toto w stosunku do XP z szybkością rakiety i zażądała sobie konta. Zrobiłem, przelogowałem się. I tu zonk – jej Launcher różnił się kompletnie od mojego co jest logiczne, bo to w końcu jej Launcher a nie mój. W Jolicloud nie ma czegoś takiego jak dostęp do zainstalowanych lokalnie programów z prostego dropdown menu mieszczącego się zazwyczaj w lewym górnym rogu pulpitu, to jest znacznie głębiej zakopane. I tu zgłupiałem bo nie wiedziałem jak żonie do tych wszystkich OpenOffisów już zainstalowanych dostęp dać. Żonka ma konto bez uprawnień administracyjnych więc nieco mnie zdziwiło, że trzeba w takim wypadku zrobić rzecz najbardziej oczywistą z oczywistych – trzeba sobie te aplikacje dodać do swojego Launchera tak, by zrobić sobie swój własny, spersonifikowany zestaw aplikacji. Po kliknięciu na ikonce „Add” koło (zainstalowanego już przecież wcześniej przeze mnie) programu OpenOffice Write wzięła i się grzecznie odpowiednia ikonka do jej Launchera dodała. Wniosek stąd taki, że aplikacje/widgety w Jolicloud się dosłownie dodaje do swojego Launchera niezależnie od tego, czy są już zainstalowane czy też nie w systemie. Launcher to Twój dom i urządź go sobie po swojemu. Szczerze mówiąc bardzo mi się spodobało takie podejście do konta użytkownika, bardzo je personalizuje.

Pobawiłem się w sumie dosyć krótko bo ostatnio mocno zajętym kolesiem jestem ale z wartych odnotowania szczegółów – DivXy czy inne MP4 łażą od kopa, większych problemów z łączeniem się do mojego Maca mini nie miałem, obsługa kamerki w Skype działa jak trzeba… Kurczę, w końcu Linuks, który na moim netbooku chodzi szybko jak diabli i w dodatku nie grymasząc! Owszem, sporo jest drobnych błędów i niedociągnięć ale to będzie z czasem wygładzane i zmieniane. Jak na razie jednak Jolicloud zapanował nad moim netbookiem totalnie i wlał w niego mnóstwo świeżej krwi. Hail to the king babe!

Sorry za brak screenów ale obiecuję popisać jeszcze nieco o tej dystrybucji i konkretnych jej zastosowaniach i wtedy screeny będą. Póki co uwierzcie na słowo, że Jolicloud jest estetycznym systemem.

EDIT: A głupio tak jakoś bez screenów to porobiłem ich kilka.

Linux Mac OS X

Człowieka, który pierwszy zrobi crossover tych dwóch systemów, czeka bogactwo i sława. Z tym że bogactwo będzie wielkie a sława w niektórych kręgach stanie się przekleństwem. No i chyba że ów człowiek nie rozda swojego wynalazku wszystkim za free…

O co mnie się rozchodzi. Otóż o to, że ostatnio dosyć intensywnie używałem swojego netbooka na wyjazdach przeróżnych. Netbook chadza sobie pod kontrolą Jolicloud Linux, nabrał przy tej okazji sporo wigoru i generalnie chwale sobie tę dystrybucję bardzo. Jednak pojeżdżenie po oddziałach firmy i próby wpinania się w sieciową firmową infrastrukturę nieco moje dobre zdanie o Jolicloud podważyły. Nie wiem, czy to przypadłość wszystkich dystrybucji i Linuksa jako takiego ale miałem spore problemy z utrzymaniem połączeń z firmowym LANem. Kopiowanie większych partii plików z zasobów współdzielonych kładło mi netbooka aż do potrzeby rebootu włącznie. Podobna sytuacja nie miała miejsca pod Windows XP w ogóle…

Tak siedziałem ostatnio i przełączałem się między systemami i mnie uderzyło bardzo, jak ogromną potrzebę czuję systemu będącego właśnie crossoverem OSX i Linuksa. Repozytoria, łatwość w aktualizacji oprogramowania, otwartość i kupa świetnych pomysłów – to w Linuksie pociąga mnie najbardziej. Ale OSX to jakość oprogramowania, którą naprawdę trudno przebić, to konsekwencja w stosowaniu HIG wymuszana przez samych użytkowników, którzy softu odbiegającego standardami i wyglądem od ustalonego po prostu zazwyczaj nie używają/nie kupują, to – przynajmniej w moim przypadku – skalista wręcz stabilność. No i przede wszystkim OSX to przemyślane i dla mnie bardzo wygodne GUI, któremu projekty linuksowe jeszcze zagrozić nie mogą.

Wydaje mi się, że Linuks bardzo potrzebuje poczynienia konkretnych założeń w rozwoju samego systemu jak i oprogramowania nań tworzonego ze szczególnym naciskiem na Gnome i KDE jako jego wizytówki i najważniejsza warstwa kontaktu użytkownika z systemem i aplikacjami. Trzeba usystematyzować logikę pracy z systemem, zbudować z tych wielu klocków pewne usystematyzowane narzędzie, w którym użytkownik nie będzie się gubił. Trzeba zadbać o takie sytuacje jak moja opisywana nieco wyżej – współdziałanie netbooka z firmową siecią było bardzo niestabilne i zapewne to „wina” dystrybucji będącej w fazie beta ale jak na razie nie znalazłem nic lepiej obsługującego mój komputer i traktuję to jako kolejny problem Linuksa. Ta mnogość dystrybucji i możliwości wyboru jest fajna ale dla ZU musi w końcu zaistnieć jedna, bezproblemowa dystrybucja będąca w prasie czy innych mediach synonimem Linuksa. Ubuntu jest na dobrej drodze ale przecież mamy tyle innych możliwości… Nie wydaje mi się, by problemy sterowników czy ogólnie komunikacji z firmami tworzącymi hardware dały się rozwiązać bez jednego, silnego ośrodka zajmującego się rozwojem Linuksa. Ktoś musi z tymi firmami rozmawiać, ktoś musi te firmy przekonać do inwestowania w tworzenie sterowników czy rozwiązań dla tego systemu. Z Apple jest prosto – jeden system, jeden zapewne dział zajmujący się współpracą z twórcami sprzętu i nawet mając ledwie kilkuprocentowy udział w rynku komputerów stacjonarnych i przenośnych, Apple reprezentuje kilka ładnych milionów użytkowników, w których można już zainwestować. A przecież potencjał Linuksa jest o niebo wyższy!

Marzy mi się crossover Linuksa i OSX. Marzy mi się połączenie wszystkich najlepszych cech obydwu systemów. Podejrzewam, że wielu użytkownikom jednego i drugiego marzy się to samo i mam nadzieję, że kiedyś doczekamy się takiego systemu – łatwego w obsłudze, stabilnego i oferującego wielkie możliwości.

Linux Action Show

Nieoceniony Opi w ramach odchamiania mnie i narzucania Jedynej i Prawomyślnej Religii o Przydługim Akronimie FLOSS, wziął i podrzucił mnie namiar na podcast robiony przez linuksiarzy dla linuksiarzy. Rzekłbym, że nudy, gdyby nie drobna jego adnotacja, że to jeden z niewielu podcastów, w którym proporcje fanboizmu i zdrowego rozsądku są w porządku. Rzekłem sobie, że czas drania obadać i obadałem.

Linux Action Show

Linux Action Show

Zassałem ostatni odcinek, obejrzałem w drodze do pracy i szczerze mówiąc jestem zachwycony tym podcastem (czy raczej wideocastem ale dla mnie to i tak wszystko jedno – ważne by mi na ajfonie banglało i się z sieci samo ssało :)). Dlaczego? A dlatego, że dwóch kolesi mówi o linuksowych, okołolinuksowycj i zupełnie nie linuksowych sprawach w sposób sensowny, z rzeczoną przez Opiego dawką zdrowego rozsądku. Piękny przykład podejścia, o które w naszej blogosferze ciężko, to urywek z ichnich newsów i przyklejenie się do tematu Canonicala, który ogłosił chęć produkowania systemu dla tabletów. News jak news – co tydzień powstaje pewnie z kilkanaście efemeryd innych efemeryd będących pokłosiem odprysków miksów różnych dystrybucji. Ale to właśnie ci faceci zadali jedno, podstawowe, fundamentalne wręcz pytanie: PO CO?

Po co Canonical rozdrabnia się na ileśtam kolejnych wersji swojego distro, dlaczego zasoby rozprasza na kolejne projekty zamiast zająć się tym swoim „core” systemem i zapewnić w końcu to, co obiecywano od dawna: najlepsze możliwe doznania dla użytkownika płynące z używania systemu? Chris celnie zwrócił tu uwagę na to, co aktualnie robi Apple: skupia wszystkie swe siły na jednym celu, który chce osiągnąć – zostać liderem rynku mobilnego. Stąd i tegoroczne WWDC praktycznie w całości poświęcone iOS 4, stąd skupienie za pomocą wszelkich środków wszelkich mediów na tej mobilnej nodze trójnoga przychodów jabłka. Po prostu musi być buzz ale buzz musi być na temat produktów, które faktycznie istnieją/zaistnieją. Robienie czegoś tylko po to, by to zrobić nie mając jakiejś konkretniejszej wizji i zasobów mogących ją wcielić w życie w stopniu dla Smitha/Kowalskiego jakoś istotny… No, to nie jest zbyt sensowne podejście. Apple taką wizję ma i ją z laserową (tak Chris gada :)) precyzją realizuje. Efektem jest ponad 2 miliony sprzedanych iPadów w dwa miesiące i Bóg raczy wiedzieć ile ajfonów jeszcze. Ich wizja i produkt są obecne w coraz większej ilości ludzkich rąk ale to nie bierze się znikąd i nie jest to kwestia tylko i wyłącznie marketingu, jak chciałaby większość naszego linuksowego światka.

Wielki szacun dla chłopaków za te słowa bo mają w nich ogromnie dużo racji. Kiedy producent skupia swoją uwagę na produkcie i jego rozwoju, czują to także użytkownicy. Te same prawidła powinny rządzić (i rządzą) w świecie Linuksa więc wniosek może być tylko jeden: skupcie panowie i panie programiści na dostarczeniu produktu wysokiej jakości. Później myślcie o kolejnych rynkach. Gdzieś tam niedawno w jednym z wywiadów Steve Jobs stwierdził, że iPhone początkowo miał być tabletem. Ale Apple postanowiło najpierw ideę mobilnego urządzenia z aplikacjami wprowadzić pod strzechy sprzedając telefony i pracując nad systemem operacyjnym i sprzedaży oprogramowania nań a dopiero później wprowadzono tablet – lata całe po premierze czegoś, co początkowo miało nim być (sic!). Wniosek z tego taki, że czasem warto się zastanowić, co właściwie chce się robić i jak to osiągnąć.

Porwał mnie pomysł chłopaków na połączenie Androida i Ubuntu. Androidowe podstawy i ubuntowe wygładzenie całości tak, by użytkownik dostał najlepsze z najlepszego… To naprawdę mocna sprawa! Pomysł imo świetny i być może ktoś kiedyś coś takiego wdroży także na desktopach a nie tylko na telefonach: system rozwijany przez jedną z największych firm świata plus odpowiedni look & feel systemu i aplikacji nań tworzonych. Tak, to by mogła być dla Linuksa wielka sprawa.

A zresztą, sami sobie obejrzyjcie. Warto. Opi, po raz kolejny – dzięki za fajny namiar!

Strona Linux Action Show

Monitor dla papy CoSTy

Droga rodzinko (a może i jakiś sponsor się znajdzie, kto wie :)). No niestety, brak monitora do komputera boli strasznie. Nie ma na czym zdjątek i filmików obrabiać (no i Gutka wcale nie widać na stronie), nie ma jak żyć po prostu. Gromadzę powoli (a właściwie to wcale bo zawsze są jakieś inne wydatki) zasoby na nowy monitorek ale jeśli macie jakieś zbędne eurasy w portfelach drogie moje ciotki, to ja je bez skrupułów przyjmę. Znacie mnie :)

Kliknięcie na powyższy obrazek przeniesie do płatności PayPal, gdzie (jeśli jeszcze nie macie) można sobie konto założyć i wygodnie kasę przelewać.

Żebrzę? Jasne! Wstydzę się? Ani trochę :)

Logowanie

Ostatnie komentarze

Lifestream