mar 17, 2009; wyświetleń: 1 406
Dusimy się sami
Wpis sponsorują literki D jak Duchota i G jak Gorąco.
Jestem – jak to swego czasu bardzo malowniczo ujął mój kolega Rogalik – prostym, mocnym chłopakiem z gór. U podnóży Karkonoszy się wychowałem, Karkonosze nieco złaziłem, piwa w schroniskach nieco popiłem, na szlakach niejedną strunę w gitarze zerwałem. Z tego całego łażenia i zrywania pozostało mi jedno: wielka miłość do przestrzeni otwartych a przewiewnych.
No i tu zaczyna się mój problem z dzisiejszą cywilizacją i ludźmi w nią święcie wierzącymi.
Nie raz pisałem na blogu o mojej wyrywającej się potrzebie przewietrzenia ludzkiego smrodu, jaki lęgnie się w odpowiednich warunkach. Najodpowiedniejsze warunki dają rzecz jasna środki komunikacji miejskiej ale jak się okazuje zaczyna ta plaga dotykać i nasze miejsca pracy…
Duchota i gorąc, jakie dziś zafundował mi kierowca autobusu linii 67 były wprost obezwładniające. Ja wiem, że swoje ważę i pewnie opona tłuszczu dodatkowo mnie grzeje ale gdy po ściągnięciu wiatrówki zacząłem brać się do ściągania polarowej bluzy, coś mnie tknęło i rozejrzałem się po pasażerach. A tam masakra: szaliki, czapki, rękawiczki i wypieki na twarzach. I najwyraźniej nikomu to nie przeszkadza, że jest podgotowywany żywcem a wnętrze autobusu przypomina solidnie rozgrzany piec. Najwidoczniej skoro jest marzec, to trzeba grzać na maksa i siedzieć w tych wszystkich zimowych atrybutach i dać się udusić żywcem.
W robocie mam dokładnie to samo. Zgłaszałem nie raz problem z potwornym grzaniem tłoczonym przez klimatyzację do mojego pokoju czy tego chcę, czy nie. Ponoć nic się nie da z tym zrobić a efekt jest taki, że siedzę w podkoszulku przy otwartych na oścież obydwu oknach i modlę się o każdy powiew. Za tydzień skończę znów na L4 przedmuchany ostro ale w sumie to nie mój problem więc akurat mi to wisi. Anyway, połaziłem po innych biurach i dokładnie wszędzie jest taka sama parówa. To, co mnie rozwala, to siedzący w niej ludzie. Owszem, jest im gorąco ale da się przecież wytrzymać.
Sądziłbym, że to tylko mój problem ale podobnie ma Doropha u siebie w robocie. Właśnie zmienili jej gabinet na jakiś mniej inwazyjny i bardziej klientoodporny (plus pracy w żeńskiej załodze – od razu wiedzą, czego babce w ciąży potrzeba :)), w którym pierwsze co żona zrobiła to solidne otwarcie okien by przewietrzyć zastały zaduch. Tam było o tyle dziwniej, że przyszły do niej koleżanki z pokoju obok jęcząc, że im wieje…
Nie wiem o co chodzi ale chyba z Dorotą jakoś nie pasujemy do cieplnych wymagań cywilizacyjnych. W domu tylko i wyłącznie dlatego nie wietrzę solidnie, że Majka to jednak chorowitek. Choć czasem jak mnie przydusi to gonię młodą do jej pokoju a po reszcie mieszkania puszczam ożywczy powiew. Widać coś we mnie jednak z tego życia u podnóża gór zostało…
Tagi: Głupota, Myśli, Praca
Bycie adminem jednak rządzi! :-) W biurze mam dość stabilną temperaturę, taką w sam raz na podkoszulek (przynajmniej dla mnie), a gdyby było za ciepło, to za ścianą jest serwerownia w której panuje przyjemne 20 st. wielkiego C ;-)
Nie tylko w biurach tak jest. Kiedy wejdzie się do sali przed zajęciami mijając poprzednią grupę, zaduch jest taki, że siekierę można by zawiesić w powietrzu. Mam nawyk rzucania się do okna praktycznie od razu. Po chwili wchodzi reszta mojej grupy i zaraz się zaczyna „zimno!, zamknąć okno!”. I nie przetłumaczysz żadnemu, że jak mu zimno, to:
1. nie siada się przy oknie;
2. zamyka się drzwi za sobą (aby uniknąć przeciągu);
3. jak się pogina zimą przy -20 w miniówkach, zwiewnych bluzeczkach czy hawajskich koszulach – to trzeba się cholera puknąć w głowę.
W liceum było identycznie.
Hmm a ja tego nie mogę potwierdzić. U mnie mogę w podkoszulku siedzieć w robocie. Czasami okno się otworzy, ale to często z innego powodu ;-)
Ja tam lubię jak jest za gorąco. Wszak łatwiej jest pomieszczenie ochłodzić niż podgrzać. TO czego nie trawię, to smród. Jak mi ktoś siedzi w biurze 5 godzin i ani razu nie otworzy okna, to mam ochotę rozstrzelać
Ja też, ja też! Prawie całą zimę spałem przy otwartym oknie na przykład. Nie tyle chodzi o temperaturę (chociaż gorąca znacznie bardziej nie lubię niż zimna), ale o ten właśnie lekki powiew zza okna.
W pracy zawsze śmigam w krótkim rękawku. Za to w domu. Ehhh, pewnie chętnie byś się zamienił. Stara kamienica z początku XXw, jeden centralny piec w piwnicy. Jak się napali to gorąco, ale zawsze można nie grzać i od razu robi się bardziej sportowo. Stare budownictwo ma tą zaletę,że w środku wakacyjnych upałów temperatura w domu nie przekracza 21 stopni.
A co to za autobus był?
Linia nr 67 a autobus to któryś z tych jeżdżących po Poznaniu MANów czy czym nas tam MPK wozi…